Perwersja uratuje polskie kino?

„Fajny film wczoraj widziałem”. „Momenty były”? – ten kabaretowy dialog z radiowej Trójki zapadł na zawsze w pamięć kinomanów, których początki fascynacji kinem przypadły na czas późnego PRL. W owym czasie najlepszą gwarancją podniesienia frekwencji na sali była plotka o ty, że „są momenty”, i że „robią to” albo że znana aktorka pokazuje to i owo. Golizna była przecież w PRL rarytasem, tak samo jak oryginalne dżinsy, oryginalne camele, filmy z Jamesem Bondem i inne wyziewy zgniłego Zachodu.

Lata mijają, ale nie w mózgach polskich filmowców. Wśród polskich premier filmowych ostatnich lat zadziwiająco wiele jest produkcji, których twórcy zakładają, że najłatwiej spędzić widza do kina odpowiednio dawkowaną golizną i koszarowymi żartami o d…, a także propozycji innego, choć w istocie podobnego nurtu – zakładającego, że jeszcze lepsze jest wywołanie u widza poczucia, iż będzie mógł obcować z czymś „zakazanym”. Rzeczywiście, w czasach wszechobecnej internetowej pornografii trudno liczyć na to, że jedynie seks będzie atrakcją. Trzeba więc sięgać po to, co „zakazane”.

Dajcie mi jakieś tabu

Powiedzmy sobie szczerze – gdyby chodziło jedynie o inwazję „momentów”, nie byłoby jeszcze tak źle, co więcej, legendarny „mistrzowski” poziom scen erotycznych w polskich filmach byłby gwarancją znakomitej zabawy dla wszystkich, którzy lubią się dobrze pośmiać. Często zresztą nie trzeba w tym celu szukać kina, wystarczy włączyć telewizor. Miłosna scena otwierająca pierwszy odcinek serialu „Misja Afganistan” bawiła swą pretensjonalnością do łez – to znaczy do momentu, kiedy aktorzy otworzyli usta, bo wtedy już zabolało. Pierwszy dialog w tej produkcji miał w sobie tyle artyzmu co obieranie ziemniaków.

Sprawa jest poważniejsza – metodą na wydobycie pieniędzy z Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej staje się bowiem nie sugestia, że film będzie zawierał śmiałe sceny, ale obietnica, że śmiało przekraczał będzie tabu. Jakie to tabu? A to zależy od inwencji.

W filmie „Sponsoring” Małgorzaty Szumowskiej pojawiła się więc wyraźna sugestia, że seks za pieniądze to fajna sprawa, coś, o czym marzą kobiety, ale nie wszystkie są wystarczająco młode, ładne, wykształcone i odważne, by na taki krok się zdecydować.

„Bez wstydu” Filipa Marczewskiego reklamowano jako opowieść „o grzesznej miłości brata i siostry, o bolesnym dojrzewaniu bohaterów i sprzeciwie wobec kulturowego tabu”. Lekcja jest prosta – może i kazirodztwo to jest jakiś problem, ale w porównaniu z romansem z polskim faszystą wydaje się ożywczo wyzwalające.

W koszmarnie idiotycznym i pretensjonalnym „Big Love” drogą wyzwolenia dla 16 – letniej bohaterki jest seks ze starszym partnerem, a gdy związek ten zacznie jej ciążyć – dużo seksu z innymi partnerami. To najlepszy sposób by stać się „pewną siebie i wyzywającą kobietą”. Zresztą sposób opowiadania o uczuciach w obrazie Barbary Białowąs sprawia, że po obejrzeniu filmu dochodzi się do wniosku, iż ma on niewłaściwy tytuł. Zamiast „Big Love” powinno być „Big Fuck”.

Inny film z serii „śmiałych, odważnych i przełamujących tabu” to „W sypialni” Tomasza Wasilewskiego o kobiecie sypiającej z rozlicznymi partnerami spotkanymi w Internecie. Katarzyna Herman zagrała w nim bardzo dobrze, co nie zmienia faktu, że sam film jest odważnym nie wiadomo czym. Sam Internet, seks, przypadkowi partnerzy etc. to za mało na udane dzieło.

Inny przykład – „Z miłości” Anny Jadowskiej o młodym małżeństwie debiutującym w polskim amatorskim biznesie porno. W filmie tym scenariusz próbuje nas naprowadzić momentami na jakiś morał, ale tak naprawdę całą historia jest jedynie pretekstem do pokazywania „momentów” różnej jakości. Jak do tego ciągu płaskich i męczących obrazków udało się namówić takich aktorów jak Daniel Olbrychski, czy Ewa Szykulska? Nie mam pojęcia. Może to kolejny dowód na kryzys systemu emerytalnego w Polsce.

Kto pamięta polskie kino lat 80. XX wieku ten może mieć poczucie deja vu. Władza ostro cenzurowała filmy i seriale Stanisława Barei, skazała na niebyt „Przesłuchanie” Ryszarda Bugajskiego, i bacznie pilnowała, by wszystko co próbuje zmierzyć się z rzeczywistością stanu wojennego i tego, co w „stanie po…”, nie trafiało do produkcji. Jednocześnie z radością patrzyła na próby kręcenia filmów rozrywkowych, często głupiutkich, ale gwarantujących znękanemu narodowi stosowną dawkę środka rozluźniającego i rozweselającego.

Bohaterów nie definiuje już to, jacy są, jakie są ich dramaty, czy i jak się zmieniają. Wyróżnia ich tylko fakt, że ten za seks płaci, tamta owe pieniądze bierze, tamta sypia z kim popadnie, a tamten jest kazirodcą. Sztuka, która zamiast wzbogacać dyskurs o człowieku, redukuje nas do kłębka biologicznych impulsów, jest po prostu przeciwieństwem sztuki.

Na podstawie: Piotr Gociek

Jedna myśl nt. „Perwersja uratuje polskie kino?

  1. „tyle artyzmu co obieranie ziemniaków”, „romans z polskim faszystą”, zamiast „Big Love” „Big Fuck”. Ale się uśmiałam :D Fajny artykuł i ciekawy blog

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>