Titanic – rejs przeznaczenia

Czy można przewidzieć przyszłe wydarzenia? Wydaje się to niemożliwe, a jednak…

W 1897 roku brytyjski pisarz, emerytowany żeglarz i parapsycholog amator, Morgan Robertson, szukał tematu na nową książkę, lecz przez długi czas nic interesującego nie przychodziło mu do głowy. Pewnego dnia, odprężony szklaneczką rumu, zasiadł w fotelu, przymknął oczy i wyraźnie odczuł obecność czegoś, co zwykł nazywać „astralnym partnerem pisarza”. „Morze, statek, katastrofa…” – Robertson usłyszał głos brzmiący gdzieś w głębi swojego mózgu.

Nie otwierając oczu, ujrzał spokojną taflę oceanu („to miejsce znajduje się w pobliżu Nowej Fundlandii- podszepnął mu wewnętrzny głos), po której sunął majestatycznie ogromny statek. Długi na prawie ćwierć kilometra i wysoki niczym najwyższe domy, wyposażony w wodoszczelne komory, które miały uczynić go niezatapialnym. Trzy potężne śruby poruszane przez najnowsze silniki pchały go naprzód. Cztery gigantyczne kominy wyrzucały w niebo kłęby dymu.
Ten cud techniki płynął właśnie w swój dziewiczy rejs z Anglii do Nowego Jorku. Na jego pokładzie znajdowało się ponad dwa tysiące ludzi, byli to: amerykańscy milionerzy powracający z zimowych wakacji w Europie, niemieccy, francuscy i angielscy kupcy oraz urzędnicy doglądający interesów za oceanem lub pragnący odwiedzić amerykańskich krewnych i wreszcie skupiona na najniższych pokładach biedota, podążająca do „ziemi obiecanej” za chlebem.

Nagle, tuż przed statkiem, z ciemności bezksiężycowej, kwietniowej nocy wyłoniła się wielka góra lodowa. Powietrze przeszył zgrzyt rozdzieranej blachy kadłuba. Statek zaczął nabierać wody. Zawiodły wszystkie, rzekomo niezawodne, zabezpieczenia. „Titan” szedł na dno jak kamień. Oszaleli ze strachu ludzie próbowali znaleźć miejsca w szalupach ratunkowych, ale było ich o wiele za mało… Bezładnie biegali z pokładu na pokład, niektórzy, by się ratować, skakali do lodowatej wody, inni, modląc się bezradnie, patrzyli, jak żywioł połyka najpiękniejszy statek świata i wsysa w otchłań wodną setki istnień ludzkich. Wreszcie dziób uniósł się gwałtownie i błyskawicznie cały statek pogrążył się w odmętach. Robertson zdążył dostrzec jeszcze nazwę „Titan” wymalowaną na burcie…

W niespełna rok po tej niezwykłej wizji ukazała się nowa książka Morgana Robertsona zatytułowana „Katastrofa Titana albo daremny trud”. Nie odniosła jednak sukcesu wydawniczego i pewnie by o niej zupełnie zapomniano, gdyby nie tragedia, jaka wydarzyła się 14 kwietnia 1912 roku na Oceanie Atlantyckim 400 mil morskich (ok. 640 km) od brzegów Nowej Funlandii. Tego właśnie dnia i w okolicznościach identycznych jak powieściowy „Titan”, zatonął statek pasażerski należący do brytyjskiej kompanii żeglugowej White Star Line „Titanic”. „To przeznaczenie, jakieś okrutne fatum” – twierdzili czytelnicy książek i badacze zjawisk paranormalnych. „To przypadek” – mówili inni, nie wierzący w wizje i przepowiednie. „Ale nie da się ukryć, że zadziwiający.”

„Titanic” był największym i najbardziej luksusowym statkiem na świecie. Zaprojektował go w 1912 roku Thomas Andrews, dyrektor stoczni Harland and Wolff, w której – pod jego okiem- został zbudowany. Konstruktor uwzględnił w planach statku wszystkie nowinki techniczne, jakie właśnie wchodziły w życie. Statek o długości 259, 69 m, szerokości 28 m i wysokości 18 pięter zaopatrzył m.in. w trzy śruby, cztery kominy i 16 wodoszczelnych grodzi (dokładnie tak, jak „wyśnił” to Robertson, w którego czasach budowano parowce znacznie skromniej wyposażone).

„Titanic” jest niewiarygodnie luksusowy i absolutnie bezpieczny. Nawet sam Bóg nie zdołałby go zatopić” – piała z zachwytu ówczesna prasa, zachłystując się jednocześnie opisami komfortowych apartamentów, restauracji, kawiarni ogródkowych, sali gimnastycznej, kortów tenisowych, basenu, łaźni tureckiej, kaplicy i bogato zaopatrzonej biblioteki.
Nic dziwnego, że po takiej reklamie bilety na dziewiczy rejs wykupiło 1316 pasażerów. Obsługiwało ich 898 członków załogi. Jednostką dowodził doświadczony kapitan Edward J. Smith od 28 lat pływający na statkach kompanii White Star Line, a kadrę oficerską stanowili najlepsi z najlepszych. Płynął także konstruktor ” Titanica” i jego armator, lord Bruce Ismay. Czy na takim statku i pod taką opieką mogłoby stać się coś złego?

Fatum ciążące nad „Titanikiem” dało o sobie znać już w porcie wyjścia, Southampton. Turbiny giganta z taką mocą poruszały wodą w kanale portowym, że na stojącym przy nadbrzeżu „New Yorku” zerwały się cumy i zaczął dryfować wprost na „Titanica”. O włos, a doszłoby do zderzenia. Na szczęście manewr kapitana Smitha zapobiegł katastrofie.
Po raz drugi fatum dosięgło ” Titanica” już na oceanie. Największy i najbezpieczniejszy statek świata płynął pełną parą. W salonie na górnym pokładzie grała orkiestra. Pasażerowie bawili się wesoło. Nagle kadłubem „Titanica” targnął niezbyt silny wstrząs. Nikt nie zwrócił na niego uwagi. Pewien niepokój wywołało dopiero zatrzymanie pracy silników. ” Proszę państwa do walca!” – zawołał dyrygent i pary beztrosko ruszyły na parkiet.
Tymczasem na mostku kapitańskim napięcie rosło. ” O 23.40 marynarz Fred Fleet mający wachtę na bocianim gnieździe dostrzegł ogromną górę lodową, która nagle wyłoniła się z ciemności na kursie statku. Dałem komendę cała wstecz, ster lewo na burt” – meldował kapitanowi pierwszy oficer Murdoch. ” Nie udało się jej ominąć. Lód rozdarł burtę. Woda zalewa pięć komór”. ” Aż tyle?” – przeraził się konstruktor Andrews. Wymienili z kapitanem Smithem znaczące spojrzenia. ” Panowie, ogłoście alarm i wezwijcie pomoc!” – padła komenda. ” Toniemy”.

Dalej wszystko potoczyło się dokładnie tak, jak opisał Robertson. Na statku wybuchła panika. Tłum rzucił się do szalup, lecz one nie mogły pomieścić wszystkich pasażerów. Nie przygotowano planu ewakuacji. Jedno wiadomo było na pewno „kobiety i dzieci mają pierwszeństwo”. W sumie katastrofę przeżyło 705 osób. Reszta, czyli aż 1509 osób, znalazła śmierć w lodowatej wodzie oceanu. Wśród nich zginęli kapitan Smith, inżynier Andrews i muzycy, którzy grali do końca.
Książka Robertsona stała się głośna raz jeszcze w połowie lat 30. i to wskutek niezwykłego zbiegu okoliczności. Tym razem dotyczył on frachtowca „Titanian” płynącego z Wielkiej Brytanii do Kanady, a bohaterem był młody marynarz William Reeves.

14 kwietnia 1935 roku, dokładnie w dniu swoim 23 urodzin, Reeves pełnił nocną wachtę na dziobie. Wypatrując w ciemności gór lodowych, rozmyślał o przeczytanej dopiero co książce „Katastrofa Titana”. ” To wydarzyło się gdzieś tutaj. Tu także zatonął ” Titanic”. Jesteśmy teraz w odległości 400 mil od Nowej Funlandii. Nasz statek nazywa się ” Titanian…” – pomyślał, spoglądając na zegarek. Była 23.39. Nagle ogarnęła go niewytłumaczalna panika. ” Stooop!” Maszyna stooop!!!” – zawołał przez komunikator do maszynowni. Gdy statek zatrzymał się, tuż przed jego dziobem wyłoniła się ogromna góra lodowa. „Książka Robertsona uratowała nam życie” – z przekonaniem twierdził później Reeves, a popierała go cała załoga.
To jeszcze nie wszystko! Badacze legendy ” Titanica” doszukali się innej, niesamowitej zbieżności faktów. W 1886 roku brytyjski dziennikarz Edward W. Stead napisał opowiadanie o ogromnym liniowcu zwanym „Majestic”, który zatonął na północnym Atlantyku po zderzeniu z górą lodową. Nazwa statku wprawdzie była inna, lecz jego kapitan nazywał się Edward J. Smith, tak samo jak dowódca ” Titanica”. Później los sprawił, że Stead poznał osobiście autentycznego kapitana Smitha. Stało się to na… „Titanicu”. Stead był jednym z pasażerów. Nie miał szczęścia, nie przeżył katastrofy.
A zatem: czy historia „Titanica” to wyłącznie splot niezwykłych przypadków? A może scenariusz wydarzeń dotyczących statku oraz losu płynących na nim ludzi napisało przeznaczanie?

Jedna myśl nt. „Titanic – rejs przeznaczenia

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>