Kobieta, która spadła na ziemię

Juliane Koepcke urodziła się w 1954 roku w Peru, jako obywatelka Niemiec. Jej ojciec był słynnym zoologiem, matka natomiast specjalistką z zakresu ornitologii. Jako nastolatka Juliane  uczęszczała do peruwiańskiego liceum, podczas gdy jej rodzice stacjonowali setki mil dalej, prowadząc badania w sercu puszczy Amazonii. Nieprzystępne środowisko amazońskie było doskonale znane dziewczynie, sama biegła w procesach tamtejszego zmiennego i dynamicznego ekosystemu. Niebawem ta wiedza, miała okazać się dla niej zbawienną.

W Wigilię 1971 roku, dosłownie kilka godzin po oficjalnej gali z okazji ukończenia liceum, Juliane z matką wsiadły na pokład samolotu, który miał przetransportować je ponad lasami deszczowymi. Leciały do domu, by tam, wspólnie z ojcem, spędzić święta Bożego Narodzenia. Samolot znalazł się jednak w centrum dzikiej burzy, która nie dała szansy na przeżycie nikomu (92 tragicznie zmarłych), z wyjątkiem Juliane. Po 11 dniach bycia oficjalnie martwą wyłoniła się z dżungli, by móc zobaczyć wreszcie swego ojca.

Szczegóły tej niesamowitej historii zostały przybliżone przez niemieckiego reżysera filmowego w dokumencie z 2000 roku pod tytułem ”Wings of Hope”.

To był zupełnie zwyczajny, niczym nie wyróżniający się dzień na lotnisku. Samolot był lekko opóźniony. Nikt nie miał  żadnych złych przeczuć. Było jedynie tłoczniej niż zazwyczaj, ale to z powodu Bożego Narodzenia. Każdy chciał lecieć do domu, by spędzić ten czas w gronie najbliższych. Maszyna – turbośmigłowiec Electra wyglądała doskonale. Przez pierwsze 30 minut lotu wszystko było w jak najlepszym porządku. Lot z Peru do Pucallpy miał trwać jakieś 50-60min.

Jednak samolot wleciał prosto w burzową chmurę. Matka Juliane była coraz bardziej zdenerowowana, a córka starała się ją uspokoić. Wkrótce zaczęły się turbulencje. Chwilę później samolot znalazł się w centrum burzy, otoczony najciemniejszymi z chmur rozsyłającymi gromy.

Reszta pasażerów wydawała się kompletnie spokojna. Na pewno nie byli zachwyceni z powodu występujących komplikacji, ale nie dawali tego po sobie poznać. Dookoła było czarno, co pewien czas wszystko rozświetlał błysk jakiejś z błyskawic. Matka Juliane  powiedziała do córki „To już koniec”.

Piorun trafił prosto w silnik. Samolot wyposażony był w turbiny ze śmigłami. Wszystko co wydarzyło się później trwało zbyt krótko by Juliane mogła to dokładnie i chronologicznie opisać. Pozostają tylko urywki i zapiski w pamięci. Jak się potem okazało, ten model samolotu nie był przystosowany do turbulencji o takiej sile. Skrzydła były zbyt sztywne i twarde, brakowało im elastyczności. Prawdopodobnie uderzenie pioruna spowodowało awarię, bo później nie było już eksplozji.

Juliane straciła praktycznie od razu przytomność. Pamięta jedynie niesamowicie głośny huk silnika i krzyki ludzi, a potem poczuła się wyjątkowo sennie. I nastał spokój. Kompletne przeciwieństwo hałasu, który miał miejsce chwilę wcześniej. Matki Juliane nie było już obok. To samo stało się z mężczyzną, który siedział nieopodal. Czuła, że leci w dół,  pod sobą widziała las.

Nie była ani trochę przestraszona. Nie miała na to czasu. Pamięta tylko, że zorientowała się, że pasy bezpieczeństwa uciskały jej brzuch, a sama była wywrócona głową do dołu. Wszystko działo się bardzo szybko.

Obudziła się następnego poranka. Katastrofa miała miejsce około godziny 13.00. Juliane spojrzała na zegarek – była 9.00 rano. Zegarek był w nienaruszonym stanie, dopiero później przestał działać. Była po solidnym wstrząsie, nie potrafiła nawet usiąść prosto. Jedno oko było dość solidnie opuchnięte, nie mogła znaleźć okularów (nosi je od 14 roku życia, jako krótkowidz). Leżała nakryta swoim własnym siedzeniem, jednak pasy były już odpięte. Z tej pozycji miała możliwość dostrzeżenia dżungli, ale kątem oka wciąż widziała także niebo.

Zdawała sobie sprawę, że przeżyła katastrofę lotniczą. Nie zastanawiała się nad swoim stanem, ale w  głowie kołatała myśl o matce. O tym gdzie jest, co się z nią stało. Prawdopodobnie przetrwała tylko dzięki temu, że była zapięta w pasy i przygwożdżona do siedzenia. To wszystko zamortyzowało upadek. Inaczej byłaby martwa.

Kiepsko widziała  na jedno oko, a jak się później okazało problemy ze wzrokiem spowodowane były zmianą ciśnienia. Nie bolało jej kompletnie nic, nawet głowa. Miała jedynie zawroty, które co pewien czas się wzmagały, a wtedy ponownie traciła przytomność. Minęło pewnie pół dnia, zanim udało jej się wstać i postawić kilka kroków.

Naturalnie od razu zaczęła szukać matki. Szukała cały dzień, ale po jakimś czasie zdała sobie sprawę, że nie ma tu nikogo poza nią. Nawoływała, ale nigdy nikt jej nie odpowiedział.
 
Potem trafiła na małą studnie, a to przypomniało jej słowa ojca: „Jeśli kiedykolwiek zabłądzisz w dżungli i znajdziesz trop wody, podążaj za nim. Podążając za kolejnymi źródłami wody w końcu trafisz na ludzi, na kogoś kto zaoferuje Ci pomoc”.
 
Na swoje szczęście nie znalazła żadnych rannych. Wtedy zostałaby z nimi, a to oznaczałoby śmierć zarówno dla nich jak i dla niej samej.
 
 Czwartego dnia od katastrofy Juliane trafiła na rząd siedzeń wbitych w ziemię na parę stóp. Trzy osoby były wciąż do nich przypięte. Pewne jest, że nie przeżyły zderzenia i śmierć nastąpiła natychmiast, momentalnie, na miejscu. To był straszny widok. Wtedy po raz drugi w swoim życiu dziewczyna widziała zwłoki.
 
Po jakimś czasie ruszyła dalej. Niedługo potem zorientowała się, że w powietrzu znajduje się ekipa ratunkowa. Jednak nie potrafiła w żaden sposób zwrócić na siebie uwagi. Po jakimś czasie odlecieli, a w jej głowie pojawiła się myśl, że teraz jest już zdana wyłącznie na siebie.
 
To było kompletnie bezludne miejsce.  Poza tym dziewczyna miała dość głęboką ranę ciętą na lewej łydce, nie krwawiła zbyt mocno. Dziś została jej spora blizna.
 
W końcu Juliane zdecydowała się płynąć z nurtem rzeki. Miała też złamany prawy obojczyk. Najgorszym okazało się zerwane wiązadło krzyżowe w kolanie, ale nie zdawała sobie z niego sprawy do momentu kiedy usłyszała o nim od lekarza.
 
Lekka rana na ramieniu przyciągnęła muchy. Złożyły one tam swoje jaja, z których wykluły się larwy. Wyjadły one dziurę w ramieniu Juliane. Bała się, że nie obejdzie się bez amputacji. Wiedziała, że musi coś zrobić. Pozbyć się jakoś larw z rany. Wydłubać je. Próbowała przy pomocy pierścionka, ale rana była już zbyt głęboka i nie mogła dosięgnąć. Następnie użyła znalezionego patyka, jednak wszystko na marne. Wciąż nie udawało się pozbyć larw. Dopiero po dziesięciu dniach, trafiła na zacumowaną łódź silnikową z beczką oleju napędowego. Do rany wlała ropę, która sprawiła, iż całe robactwo wylazło na zewnątrz, na powierzchnię. W ten sposób mogła usunąć większość larw. Reszty pozbył się lekarz czyszcząc ranę ostatecznie.
 
Łódź Juliane znalazła po 10 dniach w dżungli. Była już wtedy bardzo słaba. To był wczesny ranek. Nie miała siły na dalszą podróż, więc postanowiła znaleźć przy brzegu jakieś dogodne miejsce do drzemki. Było to możliwe, gdyż słońce padało pod ostrym kątem i mogła wreszcie odsapnąć. Wtedy, gdy tak usiadła, zobaczyła łódź.
 
Na początku nie uwierzyła, myślała, że to zwykle halucynacje. Zaczęła jednak iść powolutku w jej stronę. Nie miała już sił, by poruszać się prędzej. Dobrnęła w końcu i dotknęła jej, była prawdziwa, do tego z miejscem na silnik zewnętrzny. Nie jakaś stara, spróchniała, z wiosłami. Od łodzi w głąb lasu prowadziła drobna ścieżka. Pięła się do góry, więc w jej stanie nie było łatwo nią podążać. Pamięta, że trwało to całą wieczność, zanim wdrapała się na górę.
 
Znalazła drewnianą budę. Bez prawdziwych ścian, bardziej na kształt szałasu. To właśnie tam znajdował się silnik do łodzi i beczka, której użyła by zająć się raną. Ból był nie do opisania, jednak nie miała wyjścia. Tam też się zdrzemnęła. Następny dzień również schroniła się pod tym szałasem, by przeczekać nagłą ulewę. Pamięta, że było tam wtedy pełno żab, a ona pomyślała, że jeśli zaraz czegoś nie zje, to umrze.
 
Juliane była pogrążona w apatii, czuła, że wszystko jej jedno. Mimo tego zmusiła się i spróbowała schwytać kilka żab.
 
Jedzenie żab to nie byłby dobry pomysł. Były trujące, wysoce toksyczne. Jednak była zbyt otępiała, a jej ruchy tak powolne, że schwytanie jakiekolwiek z nich było po prostu niemożliwe. Wtedy ustał deszcz, a ona wiedziała, że powinna ruszyć dalej.
 
Jednak traciła już wolę przetrwania. Właśnie wtedy kiedy podjęła decyzję o zostaniu jeden dzień dłużej, gdyż dalsza podróż nie miała większego sensu, usłyszała głosy. Na początku nie wierzyła. Trzy osoby wyszły z lasu, a po zobaczeniu jej, na ich twarzach malowało się jedynie przerażenie. Opowiedziała im po hiszpańsku całą historię, jak się okazało słyszeli w radiu o katastrofie. Dali jej jeść i opatrzyli wstępnie jej rany. Przeczekali noc w szałasie.
 
Następnego dnia ludzie zabrali Juliane swoją łodzią w dół rzeki, a koło południa dotarli do pierwszej małej wioski, gdzie zabrano ją do lokalnego szpitala i zajęto się  wstępnie. Była tam też pewna kobieta pilot. Zabrała Juliane do miejscowości misjonarskiej obok Pucallpy. Mimo, iż podróż trwała zaledwie 15 minut, nie była dla niej łatwa. Tam opatrzono dziewczynę i pozostawiono do czasu pełnego wyzdrowienia.
 
Wkrótce Juliane zobaczyła swojego ojca.  Z jej pomocą odnaleziono wrak samolotu. Kilka dni trwała identyfikacja zwłok. Kiedy wśród ciał rozpoznano  matkę Julane, dziewczyna zdała sobie sprawę, że jest jedyną osobą, która przetrwała katastrofę i że straciła matkę.
 
Ojciec Juliane szybko sprzedał prawa do historii niemieckiemu magazynowi Stern, a oni nie zwlekali ani chwili i dziewczyna musiała udzielić im wszystkich odpowiedzi. Czuła się przytłoczona, nie radziła sobie z tą nagła ‘sławą’, która przyszła w przeciągu dosłownie jednego dnia. Na początku nie potrafiła nawet zrozumieć, czemu ludzie są w ogóle zainteresowani jej osobą.
 
Juliane wróciła na miejsce katastrofy z Wernerem Herzogiem. Ekipa szukała wszystkich detali i szczegółów, a samo miejsce było już mocno zarośnięte gąszczem gęstych i grubych roślin. Wycięto specjalne ścieżki, prowadzące do poszczególnych części wraku, które leżały w dokładnie tych samych miejscach, gdy Juliane była tam za pierwszym razem.
 

17 myśli nt. „Kobieta, która spadła na ziemię

  1. Pamietam te katastrofe,to byl rzeczywiscie cud,ze wtedy (jeszcze mloda dziewczyna)przezyla w dzungli,wlasciwie ,ze wogole przezyla taka katastrofe!!!

  2. Co to za bajki? Po 10 dniach znalazła łódz! Co przez ten czas jadła i piła ? W ranie muchy złożyły jaja z których wykluły się larwy, wyjadły dziurę w ramieniu itd,itp banialuki. Chyba piszącemu tę historię coś się w główce poprzestawiało!? W latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku był przypadek, gdy nad terenami ówczesnej Jugosławii z samolotu wypadła stewardesa i przeżyła !!!

  3. Tak bylo, nikt glupot nie pisze! Uratowala sie w fotelu lotniczym. Po kilu dniach znalezli ja tubylcy….Niesamowita historia!

  4. Artykuł ciekawy, ale styl narracji sprawia wrażenie tłumaczenia tekstu TRANSLATOREM z innego języka

  5. Ty nawet nie wiesz do czego zdolny jest ludzki organizm i jak silne potrafi być pragnienie życia. Znane są wypadki dwu a nawet 3 tygodniowego przebywania w dżungli i przeżycia. Pomimo głodu, ropiejących ran, chorób i gorączki. Zdarza się bowiem, ze nieszczęśnicy próbują jeść owoce co najczęściej kończy się ciezkimi wymiotami i chorobą. Ale idą dalej mimo wszystko. Warunkiem jest jednak silna psychika i wiara, że przeżycie jest możliwe. Jest to dużo ważniejsze niż siła fizyczna. Przeżywali ludzie, którzy z pozoru wyglądali na słabych i nieporadnych a ci co wyglądali na silnych i zaradnych ginęli. Utrata wiary jest tam równoznaczna ze śmiercią.
    Nie nazywaj więc bajkami czegoś co jest całkowicie możliwe i zdarzało się już nieraz.

  6. Ojciec zachowal sie jak typowy niemiec, od razu zweszyl biznes to nie patrzac na tragedie sprzedal historie bo kasa…

  7. Warto chyba wspomnieć, że jej matka, Maria Koepcke miała polskie korzenie. Pochodziła z rodziny Mikulicz-Radeckich. Dziadkiem Marii był Jan Mikulicz-Radecki (1850-1905), słynny chirurg związany z Krakowem i Wrocławiem.

  8. Ta Jugosłowianka była stewardessą z tego samolotu i nazywała się Vesna Vulović. Uratowała się m. innymi dzięki temu, że była w tylnej częsci samolotu i chyba przez to, że ogon sie odłamał, spadał wolniej i spadł do lasu.

  9. gratulacje, wreszcie jakis blog o czyms konkretnym i ciekawym, a nie o d… maryny i jej zlamanym paznokciu. a larwy much sa dobre dla rany, bo ja oczyszczaja i nie dochodzi do zakazenia. w polsce byl przypadek taki, facet mial wypadek samochodem, lezal dwa czy trzy dni gdzies ponizej drogi zanim go ktos znalazl. mial ciezkie rany glowy, i pelno larw w ranach kiedy go znaleziono.nie pamietam kiedy to bylo, ale ladnych pare lat temu.

  10. są niewytłumaczalne przypadki medyczne, a tak trudno uwierzyć, że ktoś przeżył w dżungli? a co z tymi, którzy przeżyli obozy koncentracyjne? tez wielce nieprawdopodobne? Pozdrawiam

  11. Kobieta przeżyła, a to najważniejsze ! Kiedy człowiek ma wolę życia może przetrwać dosłownie piekło na ziemi. Jesteśmy zdeterminowani przez naturę aby przeżyć za wszelką cenę.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>