Nazywam się Bond. James Bond.

bond. james bond.

Uroczy, inteligentny, szarmancki mężczyzna z klasą, w średnim wieku. Był doskonałym strzelcem, pływakiem, nurkiem, narciarzem, mistrzem kierownicy i walki wręcz, znakomicie grał w golfa i celnie strzelał. Choć na co dzień popisywał się raczej gładkimi powiedzonkami, w potrzebie ujawniał ogromny wiedzę na niemal każdy temat. Przystojny i błyskotliwy, silny, sprawny, odporny na ból i nieustraszony facet o stalowych nerwach. Znał się na wszystkim, radził sobie w każdej sytuacji i z każdej wychodził cało.

Na szczęście miał również słabości. Pierwsza z nich to zamiłowanie do życia w luksusie. Lubił dobre hotele i eleganckie restauracje. Palił dobry tytoń, pił wyszukane drinki, rozkoszował się wykwintnymi daniami. Chętnie korzystał z licznych gadżetów, w które wyposażali go mocodawcy, w tym z luksusowych samochodów i zegarków prestiżowych marek. Słabość miał również do kobiet, choć nie musiał zbytnio zapobiegać o ich względy. Romanse kończył z tą samą, przyjacielską nonszalancją, z jaką je nawiązywał – nigdy nie wchodził w głębsze związki. I co to były za kobiety! Ursula Andress, Kim Basinger, Halle Berry…

Nazywał się Bond. James Bond.

Wszystko zaczęło się na początku lat 50. w pięknej willi GoldenEye na Jamajce. W słoneczny poranek Ian Fleming siada przy biurku. Na starej maszynie marki Royal powoli wystukuje pierwsze zdanie: „O trzeciej nad ranem w kasynie zaduch, zawiesina dymu i ciężki zapach potu przyprawiają o mdłości”. Gdyby był pisarzem starej daty, mógłby być z siebie zadowolony – w ciągu jednego dnia udało mu się stworzyć aż jedno zdanie. „Po mistrzowsku i pięknie napisane” – pochwalił go później sam Raymond Chandler. Ale Ian Fleming, były korespondent Agencji Reutera, pisze jak dziennikarz: prostymi zdaniami i pośpiesznie. Dwa tysiące słów dziennie. Po miesiącu wystukuje ostatnie zdanie: „Ta suka już nie żyje”. Gotowa powieść, której nadaje tytuł „Casino Royale”, leży na biurku. I tak powstaje James Bond. Po „Casino Royale” Fleming napisze jeszcze 11 powieści i dziewięć opowiadań o Bondzie. Czy kiedykolwiek przypuszczał, że jego bohater stanie się jedną z literackich postaci przynoszących największe zyski?

Literacka biografia Bonda wygląda mniej więcej tak: urodził się gdzieś między 1917 a 1924 rokiem. Jego rodzicami byli Szkot Andrew Bond i Szwajcarka Monique Delacroix. Obydwoje zginęli podczas górskiej wspinaczki. Wychowaniem osieroconego jedenastoletniego chłopca zajęła się ciotka. Wysłała go do Eton College, a potem na uniwersytet w Genewie. W 1941 r. Bond wstąpił do wojska i awansował na stopień komandora. Może już podczas wojny, a może dopiero na początku lat pięćdziesiątych został tajnym agentem.

Czy James Bond to Ian Fleming? Sam autor zaprzeczał, ale specjaliści od literatury nigdy nie mieli wątpliwości: James Bond to Ian Fleming. Przecież obaj mieli szkockich przodków, stopień komandora, świetnie grali w brydża, uwielbiali golfa i narty. Łączyła ich także słabość do dobrego alkoholu, pięknych kobiet i drogich samochodów. Agent 007 jest nawet podobny do swojego twórcy.

Jednak Bond to po części także ktoś, kim Fleming nie był, ale raczej kim chciałby być. Bond szasta pieniędzmi, wygrywa w kasynie, pije martini, a szampana zagryza kawiorem, rozbija się po świecie, nie odmawia mu żadna kobieta. Pobożne życzenia?

Ian Fleming jako oficer wywiadu brytyjskiej marynarki wymyślał różne schematy operacyjne, które miały wywieść w pole podstępnych przeciwników. Jako pisarz wymyślił jeden schemat narracyjny. A wygląda to mniej więcej tak: najpierw Bond składa wizytę zwierzchnikowi, następnie zjawia się Zły, z którym Bond zawsze wygrywa pierwsze starcie. Potem pojawia się kobieta, którą superagent oczywiście uwodzi. Wrogowie chwytają go i torturują. W finale pokonuje Zło i przechodzi rekonwalescencję. A romans kończy się zwykle rozstaniem z kobietą.

To właśnie ta schematyczna powtarzalność zagwarantowała popularność powieściom Fleminga. Bo czytelników rzadko interesowało to, jak się skończy kolejna szpiegowska awantura. Ciekawsze było to, co wydarzy się po drodze do finału. Kogo tym razem Bond uwiedzie? Kogo zabije? Co wypije? Ile papierosów wypali?

Wyluzowany James Bond siada w fotelu. Popija drinka. Zaciąga się papierosem. I delektuje się pięknem chwili.

Trochę szkoda, że takie obrazy z Jamesem Bondem można zobaczyć już tylko w powieściach Fleminga.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>