Horror w leśnej głuszy

Pamela Salant cieszyła się na noc w namiocie pod Mount Hood. Nie wiedziała, że będzie musiała walczyć o życie.

Dzień 1

Zapowiadał się wspaniały weekend. Trzy lata temu w lipcu Pamela Salant i jej narzeczony Aric Essig pojechali na wschód od Portland w stanie Oregon do odległego o 2 godziny jazdy rezerwatu Mount Hood. 28-letnia nauczycielka szkoły podstawowej i 31-letni pracownik firmy produkującej żaglówki zamierzali przejść 3 kilometry przez las do Bear Lake, zanocować w namiocie i wrócić w niedzielę na przyjęcie urodzinowe dwóch uczniów Pam. Było słonecznie, bezchmurnie, pięknie.
Maszerując, znów zaczęli dyskutować o swoim związku pełnym rozstań i powrotów. Emocje rosły. Gdy zdjęli plecaki w miejscu biwaku na południowym brzegu jeziora, Pamela była wściekła.
– Przepraszam, Pam – powiedział Aric Essig,
– Poszukam lepszego miejsca na nasze obozowisko – odrzekła i ruszyła wzdłuż zachodniego brzegu.
Była godzina pierwsza.

Bear Lake ma niecałe sto metrów długości. Brzeg jest gęsto porośnięty drzewami, co zmusiło Pam do wejścia w głąb lasu. Nie ma tam wytyczonego szlaku. Zeszła do strumienia, wspięła się po jego drugiej stronie i wdrapała na rumowisko skał. Spodziewała się zobaczyć jezioro, ale ujrzała tylko gęsty las, a daleko na horyzoncie ośnieżony szczyt. Zaczęła wracać po swoich śladach przez las, ale im dłużej szła, tym bardziej traciła orientację w terenie.
– Aric – zawołała. – Ratunku!
Żadnej odpowiedzi.

Szła wytrwale, aż dotarła do potoku. Wiedziała, że w tej okolicy wszystkie strumienie spływają na północ do Columbia River, kilka kilometrów dalej. Ale co jej przyjdzie z tej wiedzy?
Wdrapywała się na urwiska, żeby się zorientować w terenie. Rozglądała się dookoła. Nic, tylko drzewa.
Przedzierała się przez las 6 godzin. Wkrótce miało zajść słońce. Ogarnęła ją panika. Zaczęła schodzić.
„O! Jest jezioro! Ale czy to Bear Lake? Nieważne. Wokół każdego jeziora muszą być szlaki i można spotkać ludzi” – myślała. Schodziła w dół ostrożnie. Nagle potknęła się i… ciemność.

Kiedy po paru minutach się ocknęła, zauważyła, że nad nią wznosi się na jakieś 12 metrów skała, z której spadła. Zaraz potem spostrzegła, że lewa noga poniżej kolana jest dziwnie wygięta. „No dobra – powiedziała sobie. – Złamałam nogę.
Zaskoczyło ją, że ból był znośny. Jakaś pierwotna część jej osobowości przejęła nad nią kontrolę i pozwoliła się skupić na problemie do rozwiązania.

Jest ranna i sama. Zbliża się noc, a ona nie ma nic, tylko to, co na sobie: szorty, krótką koszulkę, skarpetki i buty. Słyszała w pobliżu szmer płynącej wody. Pewnie to strumień. Zamierzała się przespać, a rankiem trafić do niego, idąc za odgłosem wody.

Dzień 2

Obudziła się w środku nocy. Czuła wilgoć na lewej nodze. O świcie, zobaczyła, że to krew. W prawej nodze miała głęboką ranę. Widziała lśniącą białą kość w fałdzie rozdartej, krwaworóżowej tkanki. Krew zalała całą lewą nogę.

I jak przedtem podeszła do tego przerażającego odkrycia z dziwną obojętnością.
Przeczołgała się nieporadnie 400 metrów do strumienia. Trwało to godzinę, ale nie straciła ducha. „Ten strumień zaprowadzi mnie do Bear Lake albo do Columbia River, co mnie uratuje” – pomyślała.

Napiła się i przemyła ranę. Woda była czysta i smaczna. Czuła, jak wracają jej siły. Ostatni łyk i ruszyła wzdłuż strumienia, przesuwając się na półsiedząco.

Obszar po zachodniej stronie Bear Lake pokrywają najwyższe lasy w całych Stanach. To wyjątkowo niedostępny, odludny teren. Pam powędrowała wzdłuż strumienia Lindsey Creek. Płynie on w kierunku Columbia River głębokim, pełnym wodospadów wąwozem. Tak trudno się tam poruszać, że być może była pierwszą osobą, która kiedykolwiek próbowała się tamtędy przebić. Dała sobie chwilę, żeby się napatrzeć – wodospady, odwieczny las. Ten widok przypominał jej, dlaczego to miejsce tak ją pociągało.

Cały dzień ostrożnie wybierała drogę w głąb wąwozu. Trzymała się stromego zbocza przy brzegu. Przesuwała się metodycznie, ostrożnie. Przechodziła z jednej strony strumienia na drugą, by ominąć różne przeszkody. Pokonywała leżące pnie i chwytała się korzeni drzew. Dotarła na koniec skały nad strumieniem.

Zatrzymała się. Dalej drogi nie było. Z przodu było za stromo, z tyłu i na lewo także. Mogłaby iść po przeciwnej stronie, gdyby udało jej się pokonać strumień. Ale od niego dzieliły ją jakieś 4 metry. Godzinę siedziała, dumając nad swoim pechem. A potem skoczyła. Spadła na dno płytkiego strumienia. Wylądowała na prawej nodze i runęła na bok. W końcu wyczołgała się z lodowatej wody.

Po południu usłyszała śmigłowiec. Przeleciał nad jej głową, ale drzewa zasłaniały widok. Pomyślała przez chwilę, że posiedzi w miejscu i poczeka, ale na to było jej za zimno. Dzień był niby ciepły, ale w głębokim wąwozie panował cień, a ona od wielu godzin co chwilę moczyła się w zimnej wodzie.

Około 4 po południu słońce zaczęło ogrzewać wąwóz. Pamela znalazła płaskie miejsce między dwoma drzewami. Dygocząc z zimna, zwinęła się w kłębek i próbowała zasnąć.

Jej koszulka miała wszyty stanik. Wyrwała ten kawałek materiału i owinęła głowę, żeby ją trochę ogrzać. Wyciągnęła sznurek z szortów. Zrobiła dziury w koszulce i w szortach, przeplotła przez nie sznurek, żeby ściągnąć je razem i nie stracić ciepła. Ze skały zebrała suchy mech. Przykryła nim nogi i wypchała ubranie.

Pomyślała o Aricu. To pewnie on wezwał śmigłowiec. Jak głupio, że ich ostatnia rozmowa była taka niemiła. Już niedziela wieczór. Powinna być teraz na urodzinach swoich uczniów.

Dzień 3

O pierwszym brzasku była zdecydowana iść dalej. Spojrzała w dół, na swoje nogi. W prawym udzie ziejąca, otwarta rana. Wygięta lewa noga wyglądała żałośnie i bezradnie. Pam znów poczuła się dziwnie obojętna, a jednocześnie po matczynemu odpowiedzialna za swoje nogi, jakby były dziećmi tulącymi się do niej.

Teraz, w drodze, troszczyła się o nie. Przez to w jakiś sposób czuła się mniej samotna, bo miała się kim opiekować, nawet jeśli to były tylko jej nogi. Obmyła ranę na prawej nodze i owinęła bielizną.

Nieco później przedzierała się przez ostrokrzewy. Pomyślała, że mogłaby wykorzystać ich kolce do zszycia przeciętej skóry. Przebiła jeden brzeg rany, próbując ją zamknąć. Ale nie mogła zaczepić drugiej krawędzi.

Śmigłowce przeleciały późnym rankiem i po południu. Nie mogła do nich zamachać, stale coś ją zakrywało. Szła więc dalej. Natknęła się na znajomy zielony krzak z różowymi owocami. Przypomniała sobie, jak Aric mówił, że to jakiś rodzaj malin. Skubnęła jedną i wypluła. Poczekała chwilę i skosztowała jeszcze jedną. Uspokojona, że owoce nie są trujące, rzuciła się na nie.

O zmierzchu próbowała zasnąć, ale nie pozwalały jej na to strach i ból. Leżała, przypominając sobie różne sceny z dzieciństwa. Tak bardzo pragnęła być z Arikiem i rodziną. Tyle jeszcze chciała zrobić.

Dzień 4

Kiedy wstało słońce we wtorkowy poranek, wzięła się w garść. Wdrapała się na płaską, niczym nieosłoniętą skałę. To było dobre miejsce, żeby ją mogli znaleźć. Czekała trzy godziny, drżąc z zimn, spragniona, wygłodzona. Ani śladu śmigłowców.

Poczołgała się nieco w górę, żeby znaleźć się w promieniach słońca. Zobaczyła tłustą, zieloną gąsienicę. Złapała ją i ugryzła. Robak pękł, tryskając jej w usta mazią o metalicznym posmaku. Później odkryła tłustego ślimaka. Zawsze się zastanawiała, jak smakują ślimaki. Wrzuciła go do ust i już wiedziała. W życiu nie jadła nic tak ohydnego. Wypluła go i długo płukała usta garściami wody, daremnie próbując usunąć obrzydliwy kleisty śluz z języka.

W tej chwili kolejny śmigłowiec przeleciał nad jej głową. Zsunęła się na płaską skałę, na której spędziła cały poranek. Usiłowała wstać, ale upadła. Śmigłowiec odleciał. Na drugim brzegu strumienia Pam zauważyła krzak malin. Czołgała się do krzewu, gdy nagle usłyszała głos:
– Ty musisz być Pam.

Czterech członków ochotniczego górskiego pogotowia ratunkowego o nazwie Hood River Crag Rats cały dzień szło wzdłuż Lindsey Creek. Pozostawali w kontakcie radiowym ze śmigłowcem Gwardii Narodowej Oregonu, który ją zauważył.

Pół godziny później przyleciał śmigłowiec Black Hawk z ratownikami medycznymi. Nie miał gdzie wylądować. Wszędzie rosły 45-metrow daglezje. Załoga musiała przeprowadzić więc akcję przy użyciu lin. Najpierw z wysokości 100 metrów śmigłowiec opuścił ratownika Bena Sjulliego na prowizoryczne lądowisko o powierzchni furgonetki.

10 minut później Pamela unosiła się na linie nad wierzchołkami drzew przytrzymywana w mocnym uścisku Sjulliego.

Gdy znaleźli się bezpiecznie w śmigłowcu, pierwszy raz od początku swojej gehenny Pam się załamała i wybuchnęła płaczem.

„Nie wiem, czy zdołałaby posunąć się choć trochę dalej, poza punkt, gdzie ją znaleźliśmy – stwierdził Tom Scully, jeden z Crag Rats, którzy uratowali Pam Salant. – Za nią i przed nią był wodospad. Jeszcze jeden dzień, a zostałaby tam już na zawsze”.

Był zdumiony, że kobieta pokonała tak trudny teren ze złamaną nogą. Swoje zejście wzdłuż Lindsey Creek, z linami i sprzętem wspinaczkowym, uważa za jeden z największych swoich wyczynów.

Pam ze szpitala w Portland dodzwoniła się na komórkę Arica. Spędził weekend nad Bear Lake, pomagając w poszukiwaniach. Teraz gnał do niej. Kiedy wszedł do sali, nie mogli znaleźć słów. Uściskali się tylko.

Tydzień później Pamela Salant wyszła ze szpitala. Oprócz rany na prawej nodze, złamania kości piszczelowej lewej nogi miała też złamania kompresyjne kręgosłupa i ogólne obrażenia.

Podczas rekonwalescencji myślała tylko o lesie. O tym, jak wielki panuje tam spokój i o tym, jak bardzo czuła się z nim jednością, niczym żyjące wśród dzikiej natury cierpiące zwierzę.
Gdy tylko mogła się poruszać o kilach, znów pojechała z Arikiem w góry.
– Naprawdę chcesz to robić? – pytali przyjaciele.
– Żartujecie ze mnie, czy co? To rzecz, jaką najbardziej w świecie chcę robić – odpowiadała.

Źródło artykułu: Derek Burnett, Reader Digest 5/12

Źródła zdjęć: [1] [2] [3]

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>