Oni rządzą światem, choć o tym nie wiecie

Znalezione obrazy dla zapytania opus dei

Ilu członków Opus Dei potrzeba do wkręcenia żarówki? Stu. Jeden wkręca, a dziewięćdziesięciu dziewięciu śpiewa: Nie jesteśmy tajną organizacją, nie jesteśmy tajnym ruchem – pokpiwał katolicki tygodnik „The Tablet”. Lewicowe gazety piszą, że to „święta mafia”, „biała masoneria” i „żądna władzy fanatyczna sekta”. Organizację, której łacińska nazwa oznacza Dzieło Boże, malowano w tak czarnych barwach, że gdyby w to wierzyć, należałoby ją uznać za dzieło szatana. Dążąc do przejęcia władzy nad światem, miała pomagać faszystom i wspierać najbardziej paskudnych dyktatorów, z Pinochetem na czele. Dan Brown w powieści „Kod Leonarda da Vinci” przedstawił jej członków jako fanatyków, którzy nie cofną się nawet przed morderstwem.

Poważni obserwatorzy Kościoła katolickiego dowodzą, że Opus Dei zdobyło ogromne wpływy w Watykanie. Że to kardynałowie z nim związani przeforsowali wybór Karola Wojtyły na papieża. A w zamian za to, już jako Jan Paweł II, podniósł on zakon do rangi osobistej prałatury, czyli superdiecezji obejmującej cały świat. I w ekspresowym tempie ogłosił jej założyciela świętym.
I jak idzie to twoje dzieło Boże? – zapytał księdza Josemarię Escirvę jeden z jego znajomych. Trzydziestoletni hiszpański duchowny tworzył organizację, która miała pomóc Kościołowi w zmaganiach z komunizmem, nazizmem i liberalizmem. Przekonał do współpracy kilku księży. Ale nie w nich widział główną siłę. Chciał – jak to określił – obudzić śpiącego olbrzyma, czyli katolików świeckich.

Kościół w swej historii mierzył się już z niejednym zagrożeniem. Na pierwszą linię frontu zawsze rzucał duchownych i zakonników. Wierni mieli ich słuchać i wspierać. Zdaniem Josematii Escrivy, w nowych, niebezpiecznych czasach to już nie wystarczało. Skoro wrogowie Kościoła tworzyli partie, które narzucały swą wolę milionom ludzi, katolicy też powinni budować własną organizację. Pomysł na jej nazwę podsunęło mu owe zadane przypadkowo pytanie. Bo swój pomysł na wzmocnienie Kościoła rzeczywiście uważał za dzieło Boże, za Opus Dei. Porównywał je obrazowo do „wstrzyknięcia dożylnego zastrzyku w krwiobieg społeczeństwa”. Tym uzdrawiającym zastrzykiem mieli być katolicy, którzy prowadzą zwyczajne, świecie życie. Zakładają rodziny, pracują zawodowo. Tyle że w absolutnej zgodzie z nakazami religii.

Członek Opus Dei powinien codziennie uczestniczyć we mszy i poświęcać co najmniej pół godziny na modlitwę. I minimum raz w miesiącu spowiadać się oraz składać sprawozdania ze swej działalności opiekunowi duchownemu. Nie może się rozwieść, stosować antykoncepcji, uczestniczyć w jakichkolwiek przedsięwzięciach podważających dobre imię Kościoła. Dla jednych jest więc wzorem chrześcijaństwa, dla innych – fundamentalistą i fanatykiem. Dlatego z wielkim szacunkiem do Opus Dei odnosił się Karol Wojtyła, który przed konklawe w 1978 r. modlił się właśnie przy grobie Escrivy.

„Zaniedbujesz się? Czyżbyś należał do stada? Przecież urodziłeś się po to, żeby przewodzić” – to jedna z 999 wskazówek zawartych w książce „Droga”. Josemaria Escriva wydał ją w 1934 r. i został najostrzej skrytykowany przez… współwyznawców. Na dziedzińcu katolickiego klasztoru w Barcelonie „Drogę” publicznie spalono. Bogobojni mnisi dopatrzyli się w niej herezji.

Nie tylko opowiadała się za zwiększeniem roli świeckich w Kościele, ale także za przyznaniem równych praw mężczyznom i kobietom. Jedyny wyjątek stanowiły święcenia kapłańskie, niedostępne dla płci pięknej. Książce i jej autorowi zarzucano ponadto brak pokory. Do swego prostego nazwiska (Escrivato po hiszpańsku skryba) dodał bowiem szlachecki przydomek i stał się Josemarią Escriva de Balaguer. Zabiegał o tytuł markiza. Uważał się też za urodzonego „po to, by przewodzić”. W tym przekonaniu utwierdziła go matka oraz wydarzenia, w których widział znaki od Boga. Miał dwa lata, gdy ciężko zachorował. Lekarze bezradnie rozkładali ręce. Zdruzgotani rodzice ruszyli na trudną pielgrzymkę przez góry, do sanktuarium Matki Boskiej w Torreciudad. I stał się cud, chłopiec wyzdrowiał. Matka wierzyła, że jeśli Bóg uratował jej syna, to musiał mieć wobec niego plany.

Minęło czternaście lat i Josemaria doświadczył pierwszej wizji. Szedł do szkoły i na śniegu zauważył ślady stóp. Bosych. Gdy zrozumiał, że tak umartwiał się mnich z pobliskiego klasztoru karmelitów, ogarnęło go uczucie dziwnej radości i pewności, że odnalazł swe przeznaczenie. Postanowił zostać księdzem.

Już po święceniach, 2 października 1928 roku, uczestniczył w rekolekcjach. Z zadumy wyrwał go dźwięk dzwonów. Doznał kolejnej iluminacji: jak później mawiał: „zobaczyłem misję, którą miałem wypełniać przez całe życie”. Zaczął wówczas pisać „Drogę”. Książka wskazywała szlak, który może doprowadzić do świętości każdego. Nawet traktowanych dotąd przez Kościół nieufnie bankierów, biznesmenów, dziennikarzy i świeckich prawników. To też brzmiało podejrzanie, bo przecież w Ewangelii napisano, że „łatwiej jest wielbłądowi przejść przez ucho igielne, niż bogatemu wejść do królestwa niebieskiego”. Mnisi, którzy wyrzekli się wszelkiego majątku, palili więc książkę z czystym sumieniem. I kto by pomyślał, że z czasem zostanie ona przetłumaczona n 40 języków i wydrukowana w ponad 5 milionach egzemplarzy.

Kiedy w Hiszpanii wybuchał wojna domowa (1936 r.) komuniści i anarchiści uznali, że największą przeszkodą w budowaniu „nowego wspaniałego świata” jest Kościół. Zanim zostali rozbici przez wojska generała Franco, zdążyli wymordować ponad 3 tysiące księży. Escriva de Balaguer przez kilka miesięcy ukrywał się w szpitalu psychiatrycznym. Potem w ambasadzie Hondurasu. Wreszcie z grupką wiernych przedostał się przez Pireneje do Francji.

Zmienił wtedy zasady działania Opus Dei. Polecił jej członkom, by „schowali krzyż do kieszeni marynarki”. Nadal mieli żyć według surowych reguł, ale ze względów bezpieczeństwa nie powinni ujawniać przynależności do organizacji. W efekcie stała się ona najbardziej tajną i najlepiej zakonspirowaną instytucją kościelną. Dzięki temu przetrwała II wojnę światową. I natychmiast po jej zakończeniu mogła podjąć działalność w Hiszpanii, Portugalii, Irlandii, Francji, trzy lata później dotarła do obu Ameryk. Gdy Escriva de Balaguer umierał (1975 r.) Opus Dei miało już 60 tysięcy członków na wszystkich kontynentach. Obecnie liczba ta wzrosła do niemal 90 tysięcy. Po upadku komunizmu organizacja pojawiła się również w Polsce, gdzie według różnych źródeł zrzesza od 300 do 600 osób. Nie wiadomo, kim są, bo chociaż organizacja działa w sposób jawny, nazwiska jej członków pozostają tajne.

Podobieństwo między katolickim Opus Dei i niechętnym katolicyzmowi wolnomularstwem jest więcej. Obie organizacje głoszą hasła równości, ale obu zależy przede wszystkim na elitach. Bo za ich pośrednictwem mogą wpływać na politykę, media, kształcenie młodzieży. Tak jak do loży masońskiej, również do Opus Dei nie można się zapisać. To członkowie organizacji obserwują otoczenie, wypatrują w nich wartościowych kandydatów i składają im propozycje. Ci, którzy wyrażają zainteresowanie, przechodzą okres próbny, trwający około półtora roku. W tym czasie muszą wykonywać wszystkie zalecenia dotyczące modlitw, udziału w nabożeństwach, spowiedzi i wyrzeczeń. Chodzi o upewnienie się, czy naprawdę mają powołanie do życia w tak surowych regułach. Bo Opus Dei to w istocie świecki zakon. Po okresie próbnym kandydat jest przyjmowany na rok. Jeśli wytrwa, na następne pięć lat. Dopiero potem może złożyć dożywotnie ślubowanie. Członkowie dzielą się na dwie kategorie – numerariuszy i dołączonych, zwanych niekiedy supernumerariuszami. Pierwsi składają podobne śluby jak zakonnicy, a więc ubóstwa, posłuszeństwa i czystości, a więc też celibatu. Zazwyczaj mieszkają wspólnie w ośrodkach prowadzonych przez Dzieło, któremu przekazują 75 do 90 proc. dochodów z pracy zawodowej.

Supernumerariusze mogą zakładać rodziny i mieszkać w dowolnym miejscu. Też oddają część zarobków, ale wysokość datków zależy od statusu materialnego, liczby dzieci itp. Aż 55 procent członków Opus Dei to kobiety. „Bez nich Dzieło by upadło” – wyznawał Escriva de Balaguer.

Członkowie Opus Dei nie noszą żadnych oznak mówiących o przynależności do zakonu. Do niedawna jego nazwa nie pojawiała się na kopertach i drukach „firmowych”, nie figurowała w książkach telefonicznych. Tajny był również statut Dzieła. Sytuacja zaczęła się zmieniać po roku 1979, gdy hiszpańscy dziennikarze dotarli do raportu następcy Escrivy, prałata Alvaro del Portillo. Wynikało z niego, że członkowie Opus Dei działają na 479 uniwersytetach, w 604 redakcjach prasowych, 52 stacjach radiowych i telewizyjnych, w 12 wytwórniach filmowych. Zakon prowadził też 10 własnych uniwersytetów i wyższych uczelni, w tym tak renomowanych, jak Wyższa Szkoła Biznesu (IESE) z centralną w Barcelonie i oddziałami w Madrycie, Nowym Jorku, Monachium, Sao Paulo.

By osłabić coraz głośniejsze oskarżenia o działalność w stylu masonerii czy mafii, zakon odsłonił część tajemnic. Ujawnił adresy swoich ośrodków w poszczególnych krajach i nazwiska ich szefów. Jednocześnie przekonywał, że nie chce przejmować władzy nad światem, lecz ten świat uświęcać.

W 1969 r. na 19 ministrów hiszpańskiego rządu aż 12 należało do Dzieła Bożego. Jego członkami byli właściciel największego w Hiszpanii prywatnego przedsiębiorstwa – koncernu Rumasa i rzecznik prasowy papieża Joaquin Navarro-Valls. Świeckich zakonników wypatrzono w rządach Francji, Włoch i Chile. Żaden jednak tego nie potwierdził. Nazwiska wciąż bowiem pozostają tajemnicą. Podobnie jak sprawy finansowe. John Allen w książce „Opus Dei” oszacował kapitał organizacji na 3 miliardy dolarów. Josemaria Escriva twierdził jednak, że zakon w ogóle nie ma majątku. Wszystkie środki przeznacza na prowadzenie szkół, uniwersytetów i akcje charytatywne.

Czy członkowie Opus Dei umartwiają się fizycznie? Dan Brown w „Kodzie Leonarda” dowodził, że na udzie noszą kolczastą opaskę z drutu zwróconą kolcami w stronę ciała. „Należy panować nad swoim ciałem” – wyjaśniali po publikacji powieści numerariusze, do których dotarli dziennikarze. Przykład dał ojciec-założyciel. Jego biograf Adres de Prada pisze w książce „El Padre” (Ojciec), że już jako nastolatek poskramiał on cielesne żądze, biczując się w łazience. By matka nie słyszała jego jęków, puszczał wodę z kranu. Jako ksiądz nosił drucianą opaskę i karcił grzeczne ciało batem z haczykami.

Chociaż Josemaria Escriva nawet dla części katolików był postacią kontrowersyjną, już 17 lat po śmierci został beatyfikowany. Najtrudniejszym warunkiem, od spełnienia którego zależy beatyfikacja, jest potwierdzenie przez Komisję Lekarską Kongregacji ds. Kanonizacyjnych cudu dokonanego za pośrednictwem kandydata. Komisja uznała, że go spełnił. Dowodem było wyzdrowienie chorej na raka 70-letniej karmelitanki Bullon Rubio. Komisji przewodniczył uznany autorytet naukowy, wybitny kardiochirurg prof. Rafaello Cortesini. Członek Opus Dei.

Żródło: Wróżka, Kazimierz Pytko, Źródło zdjęcia [1]

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>