Przez żołądek do trumny

Znalezione obrazy dla zapytania Tillie Klimek

Stare porzekadło mówi: przez żołądek do serca. Tillie Klimek wiedziała, jak zdobyć serca mężczyzn. Gotowała jak nikt w Małej Polsce w Chicago. Ale ważniejszy był inny jej talent. Potrafiła wyśnić śmierć każdego męża…

Otylia, zwana przez znajomych Tillie, może nie była inteligentna ani piękna. Ale miała talent, który zjednywał jej mężczyzn. Doskonale gotowała. Jej gulasz był słynny w całej Małej Polsce – dzielnicy Chicago zamieszkanej przez polskich emigrantów. Sąsiedzi, krewni i kolejni mężowie zajadali się jej pysznym bigosem, pod niebiosa wychwalali pierożki i bitki…

Cenili ją też za hojność. I za to, że nie potrafiła długo chować urazy. Po każdej sprzeczce Otylia pierwsza wyciągała rękę na zgodę, okraszając przeprosiny swoimi wypiekami. I wszystko byłoby w porządku, gdyby nie plaga zatruć i nagłych zgonów, która niespodziewanie przetrzebiła całe towarzystwo. Okazało się, że Tillie miała jeszcze jeden talent – była wyborną trucicielką. A tajemniczym składnikiem jej pysznych dań była arszenikowa trutka na szczury.

Kobiety rzadko biorą się do mordowania, tym bardziej seryjnie. Tillie, choć zaczęła bardzo późno, osiągnęła imponujący wynik – udowodniono jej 13 morderstw i 7 prób zabójstwa. Ale ofiar mogło być więcej. Truła przez niemal dekadę. Dla zysku, ze złości, z zazdrości, z zemsty, dla zabawy, bez wyraźnego powodu.

Nikt niczego nie podejrzewał. Na początku XX wieku wśród chicagowskiej biedoty śmierć zdarzała się bardzo często. Wiele kobiet zostawało wdowami kilka razy z rzędu. Mężczyźni ciężko pracowali i ostro pili, na lekarza mało kogo było stać. A Tillie przecież tak bardzo dbała o swoich ślubnych. Dogadzała im, rozpieszczała obiadkami, podtykała słodycze. Anioł, nie żona.

Z pierwszym przeżyła bite ćwierć wieku. Rodzice wydali ją za mąż jako czternastolatkę za starszego mężczyznę, Józefa Mitkiewicza. Przez 25 lat nie działo się nic podejrzanego. Żadnych kłótni, chorób, skandali… Tylko wysprzątany dom i smaczne obiady. Pewnej zimy Józef nagle zaniemógł i zmarł. Nikt nie uznał tego za dziwne. Ani tego, że kolejny małżonek Tillie, choć chłop na schwał, szybko odszedł z tego świata. I następny także. Biedaczka, po prostu miała paskudnego pecha. Pierwsze 38 lat życia Otylii było normalne – bieda, ciężka praca, kościół i kuchnia. Ale w 1913 roku coś się zmieniło – Tillie zaczęły nawiedzać dziwne sny. Co noc, przez kilka tygodni śniło jej się to samo – nagła śmierć spadająca na wszystkie okoliczne psy, tego a tego dnia, o tej i o tej godzinie. Mąż i sąsiedzi, którym o nich opowiedziała, usiłowali ją uspokoić. I przekonywali, że to zwykły koszmar. Ale Otylia z całym przekonaniem oświadczyła, że sen był proroczy i że to dopiero początek.

I w dniu, o którym mówiła, psy zaczęły po kolei zdychać. W ten sposób okazało się, że ona ma jeszcze jeden talent – jest medium. Potrafi przewidzieć cudzą śmierć i podać jej dokładną datę. Mąż Tillie bardzo się zmartwił, kiedy okazało się, że to on jest bohaterem jej kolejnego „proroczego” snu. Miesiąc później, zdruzgotana wdowa wypłakiwała oczy nad jego grobem, głośno przeklinając swój „niechciany dar”. Niemal tysiąc dolarów od firmy ubezpieczeniowej, w której śp. małżonek niedawno się ubezpieczył, tylko troszkę poprawiło jej humor. Za to błękitne oczy Johna Ruskowskiego, chłopaka z sąsiedztwa, okazały się skutecznym lekarstwem na smutek Tillie. I tak w ciągu 10 tygodni z wdowy stała się znowu panną młodą. Może i to trochę niesmaczne, brać ślub, gdy nieboszczyk jeszcze nie zdążył ostygnąć. Ale trudno się dziwić kobiecie, że po tylu latach w zaaranżowanym związku, chce poznać smak miłości.

Niestety, minęło kilka szczęśliwych miesięcy, a sny wróciły. Tuż po tym, jak John wykupił polisę ubezpieczeniową. Biedaczek, najpierw się śmiał, potem wymiotował i jęczał. Aż grzecznie umarł – dokładnie w dniu, który przepowiedziała Tillie.

Tym razem szalejącą z bólu wdowę trzeba było na siłę odciągać od trumny. A potem podtrzymywać w drodze do banku, gdzie wyjęła z konta 2 tysiące dolarów z ubezpieczenia. Do biura matrymonialnego, w którym znalazła ogłoszenie niejakiego Józefa Guszkowskiego poszła już o własnych siłach. Spadek bardzo się przydał. Tillie z narzeczonym pojechali w romantyczną podróż na wieś, a po powrocie wynajęli miłe mieszkanie. Miał być ślub, ale Józef wykręcał się od zaręczyn, zwlekał, przebąkiwał, że do siebie nie pasują. Gardził Tillie, ale lubił jej kuchnię i pieniądze. Informację o tym, że sny wieszczą jego szybkie zejście, puścił mimo uszu. Zaraz potem zmarł. Za nim poszła też w zaświaty jego siostra, która od początku odradzała mu małżeństwo. Od tej pory sąsiedzi Tillie nie mieli już spokoju. Sny atakowały coraz częściej i nigdy się nie myliły. Przepowiedziały śmierć psa sąsiadów (szczekał pod jej oknem), trójki nastoletnich dzieci z rodzicami (miała z nimi na pieńku), kochanka (uwiódł i porzucił)… Coraz gorzej wiodło się także jej najbliższej rodzinie. Szczególnie, od kiedy zaczęła krytykować nieustające romanse Tillie. Posypały się wścibskie kuzynki i zbyt napastliwi kuzyni. Ich dzieci, jeszcze wczoraj pełne energii, leżały chore i nikt nie wiedział, co im dolega. Największa lawina nieszczęść spadła na rodzinę Nellie, krewnej i najbliższej przyjaciółki Otylii. Najpierw jej (nieślubne i nieuznane przez męża) bliźnięta, potem mąż, wreszcie córka (zbeształa matkę za to, że bierze ślub z kochankiem) i nastoletnia wnuczka…

Trup ścielił się gęsto, ale nikomu nie wpadło do głowy, żeby pójść na policję. Nawet kiedy kolejny mąż Tillie, Franciszek Kupczyk, umierał w swoim łóżku, a przyszła wdowa siedziała obok i nucąc wesoło, doszywała żałobną woalkę do kapelusza. W końcu i tak wiedziała, jak to się skończy. Kupiła więc trumnę (była wyprzedaż, po co czekać?), a dogorywającemu mężowi co dzień szeptała do ucha, że „to już niedługo. Już niedługo umrzesz”. Jak zwykle miała rację.

Po tym numerze znajomi odwrócili się od Tillie. Już nikt nie chciał słuchać makabrycznych przepowiedni. A jednak znalazł się śmiałek, gotów zaryzykować życie dla regularnych, smacznych obiadków. „Poślubiłem ją, bo chciałem mieć ciepły dom”, wspominał później Józef Klimek, starszy pan, który miał dosyć bycia samotnym wdowcem. „Dzień po ślubie, Tillie podarła i wyrzuciła listy byłych mężów i narzeczonych, ustawiła moje zdjęcie na kominku. Kochała mnie, a ja kochałem ją”.

Nie na długo. Po kilku miesiącach Józef zaczął chorować. Uznał, że to przez papierosy. Zauważył, że zupa i kawa mają dziwny smak. Przestał więc palić. Nie pomogło. Tillie dbała o niego, myła, zabawiała, podtykała rosołki i ziółka. Ale na sugestię, żeby posłać po lekarza popukała się w czoło.

Rodzina wzięła więc sprawy w swoje ręce i po kryjomu wywiozła Józefa do szpitala. Wyniki badań wykazały, że był podtruwany arszenikiem. Józef nie mógł w to uwierzyć: „Kilka miesięcy temu przeszedłem badanie potrzebne do wykupienia polisy ubezpieczeniowej – uznali, że jestem okazem zdrowia!”.

Na początku lat dwudziestych XX wieku Ameryka uwielbiała morderczynie. Ich procesy elektryzowały publiczność i nabijały kobzę wydawcom gazet. Wszyscy żyli tym, co miała na sobie podczas rozprawy „Stylowa Belva” Gaertner, albo „Piękna Beulah” Annan (obie zastrzeliły kochanków, obie uniewinniono, na obu wzorowano bohaterki musicalu „Chicago”). Piękne, młode, i wylewające hektolitry łez zbrodniarki na ogół uniewinniano.

Ale jeśli nie miało się zgrabnych nóg i modnej fryzury… Wtedy nie było co liczyć na pobłażliwość sądu. Tillie nie potrafiła trzepotać rzęsami. Była przysadzistą, zaniedbaną babą po czterdziestce z niedbale spiętymi włosami i zaciętym wyrazem twarzy. Fatalnie mówiła po angielsku, choć w Ameryce spędziła całe życie (jej rodzice wyemigrowali z Polski, gdy miała rok). Przyznała się tylko do podtruwania ostatniego męża. Jednak sąd postanowił pójść tropem jej „proroczych snów” i nakazał ekshumację pozostałych małżonków. A potem narzeczonych, kuzynów, kuzynek, sąsiadek, ich dzieci itd.

Wszyscy zostali nafaszerowani trucizną. Aresztowano także Nellie, która najprawdopodobniej pomogła Tillie wysłać członków własnej rodziny na tamten świat. Na mężczyzn z Małej Polski padł blady strach. Gazety trąbiły o spisku żon – trucicielek, sugerując, że karmienie niewygodnych ślubnych trutką na szczury było dla tych kobiet czymś normalnym. Wszyscy zaczęli bacznie przyglądać się temu, co jedzą.

Podczas procesu Tillie do końca twierdziła, że jej mężowie zmarli na serce, zapalenie płuc albo z przepicia. Wyniosła i spokojna, nie okazywała żadnych emocji. Wybuchła tylko raz: „Nikogo nie okradłam ani nie zabiłam, a wszyscy się mnie czepiają! Patrzą na mnie, jakby chcieli mnie pożreć!”. Dostała dożywocie. Podczas ogłaszania wyroku nie wyglądała na załamaną. W celi spędziła resztę życia, czyli bite 13 lat. Nigdy nie narzekała. Odwiedzającym ją krewnym opowiadała, że „nadrabia zaległości z szycia i cerowania”. Bardzo chwaliła sobie więzienne posiłki. Jadła ze smakiem i sporo przytyła. W głębi duszy Tillie pewnie była wdzięczna sędziemu, który dopisał do wyroku bardzo ważne zastrzeżenie: „Pani Klimek NIGDY, ale to nigdy, póki żyje, nie ma prawa przestąpić progu więziennej kuchni”.

Źródło: Weronika Kowalkowska „Wróżka”, Źródło zdjęcia [1]

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>