Stygmatyk pachnący fiołkami

Znalezione obrazy dla zapytania Ojciec Pio

Przez 50 lat współprzeżywał mękę Chrystusa. A jednocześnie był bardzo blisko ludzi i wciąż się za nich modlił.

Przez pięćdziesiąt lat na dłoniach, stopach i na boku Ojciec Pio miał krwawiące rany na pamiątkę ran Jezusa Chrystusa. Gdy podczas mszy zdejmował rękawiczki, z ran wydobywała się przedziwna woń, jakby zapach fiołków. Często temperatura jego ciała osiągała 48, 5 stopni, nigdy wcześniej nie odnotowaną w historii medycyny. Umiał odczytywać myśli i znał historię życia nieznanych mu wcześniej ludzi. Był jednym z najsłynniejszych świętych XX wieku.

Francesco Forgione, przyszły ojciec Pio, urodził się w 1887 roku w Petrelcinie (Włochy). Rodzice byli biedni, pracowali na roli. Mieli pięcioro dzieci i wychowywali je z miłością. Francesco pasł owce, chodził też do szkoły. Często jednak nie mógł pomagać w pracach w gospodarstwie, bo był chorowity i różne dolegliwości unieruchamiały go w łóżku. Po ukończeniu nauki (jego ojciec pojechał aż do Ameryki, żeby na nią zarobić) wstąpił do zakonu kapucynów w Morcone i przyjął imię Pio, od patrona swojej rodzinnej miejscowości świętego Piusa V. Wiele lat zakonnego życia spędził w rodzinnym domu, a potem w San Giovanni Rotondo, gdzie mieszkał do śmierci w 1968 roku.

Już w wieku pięciu lat postanowił poświęcić swoje życie Bogu. Miewał wizje aniołów, Matki Boskiej i Jezusa. Jednocześnie zaczęły się dla niego choroby i cierpienia, które trwały aż do śmierci. Dur brzuszny, stan zapalny oczu, nosa i gardła, wrzody, przepukliny, złośliwy guz ucha, zapalenie stawów – to tylko niektóre dolegliwości, na które cierpiał w ciągu swojego długiego życia.

Słynął z gwałtownego temperamentu, ale także poczucia humoru. Zakonnik czasami ostro zganił, a zdarzało się, że wyrzucał z konfesjonału penitenta, o którym wiedział, że przyszedł z ciekawości, a nie by się szczerze wyspowiadać. Ale też każdemu okazywał współczucie. Często też żartował. Kiedy jedna z wiernych, która nie zdążyła na jego codzienne błogosławieństwo, modliła się, prosząc by „pobłogosławił ją i dał jej jakiś wielki znak”, zakonnik wrócił do okna, w którym zwykł ukazywać się wiernym i pobłogosławił ich nie jak zwykle chusteczką, ale prześcieradłem.

Ojciec Pio jednak nie tylko błogosławił. Za jego wstawiennictwem do Boga miało miejsce wiele uzdrowień i nawróceń. Najbardziej znany przypadek uzdrowienia to przywrócenie wzroku ośmioletniej wówczas Gemmie di Giorgi, która urodziła się bez źrenic. Wielokrotnie była badana przez lekarzy, którzy nigdy nie wytłumaczyli naukowo tego fenomenu. Uzdrowiona została także Wanda Półtawska, chora na nowotwór złośliwy przyjaciółka Jana Pawła II. O modlitwę w intencji przyjaciółki Karol Wojtyła prosił ojca Pio listownie.

Stygmaty na ciele ojca Pio pojawiły się, gdy miał 26 lat. Był nimi przerażony i bardzo zawstydzony. Nie chciał wzbudzać sensacji i nie czuł się godnym nosić na ciele widzialnych ran Chrystusa, dlatego zakrywał je rękawiczkami. Stygmaty były widoczne aż do śmierci zakonnika, kiedy to badający go lekarze nie odnaleźli już żadnych ran na jego ciele; nie było w nim jednak także ani kropli krwi. To między innymi dzięki stygmatom ojciec Pio zasłynął wśród wiernych.

Obecność stygmatów na ciele kapucyna wiązała się jednak nie tylko z ciągłym fizycznym bólem, szczególnie dotkliwym od czwartku wieczorem do soboty. Krwawe rany były jedną z najczęstszych przyczyn oskarżeń, kierowanych pod jego adresem. Przeciwnicy Kościoła twierdzili, że zakonnik sam robi sobie na ciele skaleczenia, a powstałym nie pozwala się zagoić. Jeden z włoskich psychologów ogłosił, że stygmaty powstały przez autosugestię – ciągle myślenie o męce Chrystusa. Ojciec Pio odpowiedział na to: „Powiedzcie mu, żeby wyszedł na pole i intensywnie myślał, że jest wołem. Może wyrosną mu od tego rogi”.

Ojciec Pio miał dar bilokacji. Widziano go równocześnie w dwóch różnych miejscach. Mówił także w nieznanych sobie językach, a niektórzy współbracia widzieli, jak unosi się nad ziemią w czasie modlitwy. Jeden z najnowszych cudów ojca Pio wydarzył się w Polsce. 24 września 2004 roku, dzień po sprowadzeniu do kościoła parafii św. Łukasza w Warszawie relikwii ojca Pio, w drewnianej świątyni wybuchł pożar. Spłonęło wszystko… oprócz relikwii. Parafianie byli pewni, że to był cud.

Źródło: Dobry tydzień, Katarzyna Jaworska, Źródło zdjęcia [1]

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>