Czarna ospa we Wrocławiu

Znalezione obrazy dla zapytania czarna ospa we wrocławiu

Był lipiec 1963 r., gdy do szpitala zakaźnego we Wrocławiu trafił czteroletni Krzyś. Wysypka, która się u niego pojawiła, zaniepokoiła lekarzy, wykluczono bowiem ospę wietrzną. Po kilku dniach dr Bogumił Arendzikowski z Sanepidu postawił diagnozę, która przeraziła wszystkich: czarna ospa.

Szybko okazało się, że zaraza rozprzestrzeniła się w mieście już od początku czerwca. Poszukujący jej źródła lekarze ustalili, że przywlókł ją z Indii oficer MSW Bonifacy Jedynak, u którego lekarze ze szpitala MSW zdiagnozowali malarię. Od niego zakaziła się salowa Janina Powińska, która sprzątała izolatkę oficera. Potem wirus zaatakował jej córkę, syna i lekarza, do którego udała się po poradę. 8 lipca umarła Lonia Kowalczyk, córka salowej (tym razem uznano, że przyczyną zgonu była białaczka), ale jeszcze przez tydzień nikt nie zdawał sobie sprawy, jak groźna jest sytuacja.

Gdy to odkryto, w mieście ogłoszono alarm epidemiologiczny. Wrocław został otoczony kordonem sanitarnym, a osoby, które zetknęły się z chorymi, odizolowano. Zamknięto szpitale, w których przebywali zakażeni, oraz szkołę pielęgniarską, w której uczyła się Lonia. W starym pałacyku w Szczodrem pod Wrocławiem w ciągu jednego dnia zorganizowano szpital dla zakażonych ospą. Jako jeden z pierwszych trafił tu doktor Stefan Zawada, do którego zgłosiła się po pomoc salowa Powińska.

Liczba chorych szybko rośnie. Po kilku dniach brakuje już wolnych łóżek, nowi pacjenci umieszczani są w wojskowych namiotach rozstawionych w ogrodzie. Lekarze i personel pomocniczy praktycznie nie śpią. Zespół nie jest duży – już pierwszego dnia uciekła większość pielęgniarek i salowych. Ci, którzy zostali, pracują ze świadomością, że w każdej chwili sami mogą paść ofiarą zarazy. Gdy po kilku tygodniach władze proponują przysłanie nowego zespołu, który zastąpiłby zmęczonych ratowników, ci odmawiają: nie ma sensu narażać nowych ludzi. W sumie spędzą w Szczodrem ponad trzy miesiące.

Szpitale nie wystarczają: powstają izolatoria dla osób, które zetknęły się z zakażonymi. Kwarantannie poddanych zostanie we Wrocławiu ok. 2 tysiące ludzi (plus tysiąc w innych regionach kraju). Kilkuset pracowników Sanepidu tropi ich po całym mieście. Pomaga im milicja, bowiem niektórzy potencjalnie zakażeni ukrywają się lub barykadują w domach, inni znani są tylko z imienia (np. Franek taksówkarz). By zastać poszukiwanych w domach, sanitarno-milicyjne komanda organizują nocne naloty, znajdują też „podejrzanych” w ich miejscach pracy. Internowani zostają goście weselni, klienci domu schadzek, słuchaczki kursu pielęgniarskiego… Pełne ręce roboty ma też trzyosobowy zespół konsultantów, oceniający podejrzane przypadki. Dzień i noc pracują zespoły odkażające chodniki i ulice przy izolatoriach, opony wyjeżdżających z zamkniętych obszarów samochodów, wysypiska śmieci, na które wywożone są odpady z izolatoriów i…pracowników MPO.

Na wysokości zadania stają mieszkańcy Wrocławia. Donoszą do naprędce organizowanych ośrodków kwarantanny koce, ubrania, paczki żywnościowe, a nawet gry i radioodbiorniki, by odcięci od świata na kilka tygodni ludzie mieli się czym zająć. Mimo surowych zakazów, dostarczają im także alkohol – lekarze są w tej sprawie bezsilni.

Walczący z epidemią dotkliwie odczuwają jednak braki w wyposażeniu ochronnym. Nie starcza kaloszy, brakuje masek i rękawiczek. Sam trzyosobowy zespół konsultacyjny zużywa 100 kompletów dziennie. Na szczęście nie brakuje szczepionek – władze PRL importują dodatkowe pół miliona z ZSRR. Wprowadzone zostają szczepienia obowiązkowe. Za ich brak grożą wysokie grzywny, a nawet więzienie. Nikogo jednak nie trzeba namawiać. Ludzie zgłaszają się do lekarzy z najmniejszą wysypką (sytuacji nie ułatwia fakt, że tego lata miasto nęka plaga komarów) i ustawiają się w kolejkach do punktów szczepień. Jeden jest nawet na dworcu kolejowym. Ma wielu klientów – bez świadectwa szczepień nikt nie może opuścić miasta ani do niego wjechać. Na rogatkach oraz na dworcu kolejowym sprawdzają to patrole milicji i ORMO.

Zmianie musza ulec też codzienne przyzwyczajenia. „Witamy się bez podawania rąk” – przypominają gazety i ogłoszenia wywieszane w miejscach publicznych. Przy wejściach do fabryk i urzędów wchodzący obowiązkowo myją ręce w miskach ze środkami odkażającymi. W budynkach użyteczności publicznej straszą okręcone bandażami klamki. Poza tym jednak życie w mieście toczy się normalnie: otwarte są kina i teatry, działa komunikacja miejska. Gdy władze informują, że u jednego z motorniczych wykryto ospę, pasażerowie podróżujący tą linią sami zgłaszają się do izolatoriów.

O sytuacji w mieście informuje lokalne radio w specjalnych komunikatach. Działa też numer telefonu z nagraniem mówiącym o przebiegu walki z ospą. Po kraju krążą jednak niesamowite plotki. Mówi się o ludziach umierających masowo na ulicach, o paleniu zwłok i o tym, że władze ukrywają prawdziwe rozmiary epidemii. Wrocławianie (nawet ci zdrowi i zaszczepieni) traktowani są przez resztę rodaków jak trędowaci.

Władze rzeczywiście informowały o epidemii oszczędnie. Pierwsze wzmianki pojawiły się w „Trybunie Ludu” 25 lipca, na trzeciej stronie. W następnych dniach donoszono, że resort zdrowia zalecił rezygnację z wyjazdów na Dolny Śląsk. Bez wdawania się w szczegóły informowano o liczbie zgonów, kwarantannach, szczepieniach i nowych zachorowaniach. Dopiero 17 sierpnia, ponad miesiąc od wybuchu epidemii, „Trybuna Ludu” zamieściła informację o tym, co się dzieje we Wrocławiu na pierwszej stronie. „Sytuacja opanowana, ogniska ospy pod kontrolą, panujemy nad sytuacją” – można było przeczytać.

Epidemia rzeczywiście słabła. Ostatni nowy przypadek choroby odnotowano 27 lipca, a 19 września, po zakończeniu kwarantanny ostatnich osób narażonych na kontakt z wirusem, uznano, że zaraza wygasła. Czarna Pani trzymała w szachu mieszkańców Wrocławia trzy miesiące. W tym czasie zachorowało co najmniej 99 osób (w tym 25 pracowników służby zdrowia), z czego siedem zmarło (liczba późniejszych zgonów spowodowanych powikłaniami nie jest znana). Ostatnią śmiertelną ofiarą zarazy był doktor Stefan Zawada, który leczył salową Janinę Powińską, matkę młodej Loni.

Źródło: Retro, Źródło zdjęcia [1]

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>