Zabójczy szum

Znalezione obrazy dla zapytania szum

W krajach anglojęzycznych nazywają go „The Hum”, czyli szum. Pojawia się nie wiadomo skąd i nie ustępuje, pomimo prób zagłuszenia. Badania niestety nie przybliżyły nas do wyjaśnienia tego fenomenu. Tymczasem z każdym rokiem przybywa jego ofiar.

Pierwszych opisów tego zjawiska doszukano się już w relacjach z XIX wieku, jednak oficjalny debiut „szumów” nastąpił w czasie II wojny światowej w okolicach brytyjskich metropolii: Londynu i Southampton. Dekadę później mieszkańcy niektórych rejonów Anglii doświadczyli nieznośnej kombinacji dźwięków przypominających świdrowanie, brzęczenie i szmer. Najpopularniejszy przypadek pojawiania się „The Hum” na wyspach miał miejsce pod koniec lat 70. ub. Wieku, w Bristolu.

Najgłośniej o szumach zrobiło się, gdy zawitały do Stanów Zjednoczonych. W 1992 roku w małej, liczącej zaledwie sześć tysięcy mieszkańców mieścinie  w stanie Nowy Meksyk, kilkadziesiąt osób zaczęło nagle odczuwać niewytłumaczalne pulsowanie, którego nie było w stanie zlokalizować. Przypominało dochodzący z oddali dźwięk pracującej maszyny, tyle że doznania pochodziły nie z uszu, a z samego mózgu.

Gdy po kilku godzinach objawy nie ustąpiły, spróbowano odciąć wszystkie możliwe źródła nieprzyjemnego hałasu. Nie pomogło jednak zamknięcie się w sterylnym pokoju, całkowite wyciszenie mieszkania, ani założenie słuchawek. Co więcej, w hermetycznych i odizolowanych pomieszczeniach szum nasilał się, jakby cisza wzmacniała to zjawisko, a centrum jego pochodzenia znajdowało się… we wnętrzu ciała.

Nieustępliwy, dyskomfortowy stan zaczął wpływać na kondycję psychiczną i fizyczną ludzi. „The Hum” wywoływał frustrację, irytację i zły nastój, po dłuższym czasie doprowadzając do bezsenności, depresji i nerwicy. Mimo to przez długi czas próbowano go ignorować, a wszystkie zgłoszone przypadki zrzucano na karb przepracowania, omamów oraz wymysłów okolicznych mieszkańców.

Przełom nastąpił, gdy Catanya Saltzman odważyła się napisać o całej sprawie do lokalnej gazety. Wkrótce zadziałał efekt domina, a do czasopisma zaczęli zgłaszać się kolejni toasańczycy cierpiący z powodu szumów. Mieszkańcy zwrócili się z prośbą o interwencję do Kongresu Stanów Zjednoczonych, jednak odpowiedzi doczekali się dopiero w 1997 roku, gdy fenomenem zainteresowali się naukowcy. Okazało się wówczas, że objawy u obywateli Taos nie były wyssane z palca. W okolicy rzeczywiście wykryto dźwięki o niezwykle niskiej częstotliwości. Szkopuł w tym, że nijak nie udało się odkryć ich źródeł.

Dokładna analiza nie sprecyzowała charakter odgłosów. Badacze wahali się co do natury fenomenu. Według jednej grupy były to dźwięki o bardzo niskiej frekwencji, zwane VLF, których częstotliwość sięga od 3 do 30 kiloherców, a długość fali rozciąga się od 10 do 100 kilometrów. Inni z kolei posądzali o wszystko fale ELF, o częstotliwości 3-30 herców i długości fali dochodzącej do 10 tysięcy km.

Zarówno jedne, jak i drugie mogły przenikać ściany budynków i podróżować na niewyobrażalne odległości. Doktor Tom Moir z Uniwersytetu w Auckland w Nowej Zelandii nagrał nawet tamtejszy „The Hum” i dokładnie określił jego częstotliwość. Wynik: 56 herców.

Co mogło wywołać te dokuczliwe szumy? Hipotez do tej pory pojawiło się sporo. Najpopularniejsze związane są z prowadzonymi w latach 60. ub. Wieku tajnymi programami amerykańskich sił zbrojnych, m.in. TACAMO i HAARP. Pierwszy miał kontrolować uzbrojone łodzie podwodne i międzykontynentalne pociski lądowe, drugi procesy zachodzące w jonosferze.

Profesor Colin Novak z Uniwersytetu w Windsor za źródło „The Hum” uznał piece z elektrowni na wyspie Zug w stanie Michigan, generujące mnóstwo fal VLF. Jednak mimo wyłączenia elektrowni, głosy z Windsor były nadal słyszalne, a u niektórych nieprzyjemne efekty zaczęły się nawet nasilać.

Kolejne teorie, które pojawiły się w tej sprawie, to: szumy uszne, emisja otoakustyczna, rosyjskie łodzie podwodne, dźwięki dobywające się z pobliskich chłodni, a nawet odgłosy oceanicznych głębin, wywoływane przez przesuwające się masy losu (najsłynniejszy z nich, zwany Blop, przyciągnął uwagę mediów w 1997 roku).

Trudno było też uniknąć powiązań fenomenu „The Hum” z rzekomymi wizytami Obcych na Ziemi. Nie sposób przeoczyć, że od słynnego Roswell, gdzie w 1947 roku miał miejsce incydent związany z rozbiciem zagadkowego pojazdu, Taos dzieli bardzo niewielka odległość. Część badaczy uznała szumy za szepty z zaświatów lub przekaz od istot z innego wymiaru. Odgłosy z głębin oceanu dały też asumpt do twierdzeń o przebudzeniu pradawnych bóstw z kosmogonii stworzonej w cyklu powieści przez Howarda Phillipsa Lovecrafta. Żadna z hipotez nie potrafiła jednak wyjaśnić lokalnego charakteru dźwięków ani okresowego czasu ich występowania.

Doktor Glen MacPherson, wykładowca fizyki i matematyki na Uniwersytecie Kolumbii Brytyjskiej w okolicy Vancouver w Kanadzie, stworzył nawet mapkę występowania szumów, jednak nie udało mu się odkryć w nich żadnej regularności. „The Hum” doświadczało zawsze od 2 do 10% członków lokalnych społeczności, nigdy w promieniu większym niż kilkanaście kilometrów. Niektóre dźwięki ustawały na pewien czas, by potem znów powrócić, ku przerażeniu odbierających je osób.

Długotrwałe występowanie szumu – jak stwierdzono – wywołuje trwałe urazy w psychice. Mimo to oficjalna nauka wciąż jest wobec tego fenomenu bezradna.

A może rozwiązanie, choć niezgodne z akademickim wzorem myślenia, okaże się w gruncie rzeczy proste? Czy nie jest np. tak, że tajemnicze dźwięki słyszą ekstrasensi, aa pochodzą one z wnętrza Ziemi, Kosmosu albo z jakichś innych wymiarów?

Niewykluczone, że zagadkę „The Hum” uda się rozwiązać tylko wówczas, gdy przestaniemy kierować się naukowymi dogmatami.

Źródło artykułu: Przemysław Nowakowski, Gorący temat, Źródło zdjęcia [1]

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>