16 rocznica zamachów na World Trade Center i Pentagon

Znalezione obrazy dla zapytania 11 września

”Atak na Amerykę„, „Sądny dzień dla USA„, „Wojna wydana światu„. 11 września 2001 roku zapamięta każdy, kto go przeżył. Na naszych oczach rozpoczęła się pierwsza wojna nowego tysiąclecia.

Cały świat widział i nadal ogląda wstrząsające zdjęcia dramatycznych wydarzeń w Nowym Jorku i w Waszyngtonu 16 lat temu. Świat zadaje sobie wciąż te same pytania: Jak doszło do tej tragedii? Czy można jej było uniknąć?

11 września 2001 roku zmienił się bieg historii XXI wieku. Nic już nie będzie takie samo.

Nowy Jork, 8.45 World Trade Center, kompleks siedmiu biurowców położonych blisko południowego cypla Manhattanu, nieopodal Wall Street, z wolna wypełnia się 50 tysiącami ludzi. Za kwadrans powinni tu zacząć codzienną pracę, choć większość zwykle przychodzi parę minut później.

Właśnie dojeżdżają dziewięcioma liniami metra, wysiadając na stacji umieszczonej pod wielką płytą tworzącą kilkusetmetrowy plac między trzema wysokimi i czterema niższymi budynkami światowego centrum handlu i finansów.

Jest słonecznie i ciepło, niektórzy z tysięcy spieszących do pracy analityków giełdowych i ich sekretarek przystają więc, by wybrać kilka mandarynek na zdrowe drugie śniadanie lub powiedzieć znajomemu „What a nice day”.

Z góry, z tarasu widokowego na szczycie 110-piętrowego południowego budynku, wyglądają jak niezliczone ruchliwe mróweczki, przecinające plac w różne strony. Za chwilę wsiądą do superszybkich wind, które z kilka minut dowiozą ich do siedzib blisko 500 amerykańskich i zagranicznych firm.

Dwie bliźniacze wieże, od bez mała 30 lat wpisane w panoramę Nowego Jorku, są symbolem siły i międzynarodowych wpływów Stanów Zjednoczonych. Tak oczywistym, że gdyby nie powstały już wcześniej, ktoś z pewnością by je zbudował. Ten symbol dawał Amerykanom poczucie bezpieczeństwa. Nikt jeszcze nie wie, jak bardzo okaże się ono iluzoryczne.

O zagrożeniach mówi się wiele, lecz Amerykanie nie biorą ich do siebie. Bliski Wschód, Azja, Afryka – tak, tam jest niebezpiecznie, ale tu, w Ameryce, we własnym domu?

W 1993 roku bomba pozostawiona w furgonetce w garażu pod World Trade Center przez czterech muzułmańskich fundamentalistów zabiła sześć osób. Od tego czasu bezpieczeństwo się poprawiło – na wielopoziomowym parkingu podziemnym WTC parkują wyłącznie stali pracownicy. Samochód-pułapka w Oklahoma City, bomba w parku w Atlancie podczas igrzysk olimpijskich – to wyjątki, które tylko potwierdzają regułę: Ameryka jest bezpieczna. Amerykanie niechętnie więc słuchają ostrzeżeń o zagrożeniach – broni jądrowej i zamachach terrorystycznych. Wierzą, że służby specjalne właściwie spełniają swoją rolę.

Przebijając się na dół Manhattanu samochodami, pokonując któryś z płatnych tuneli lub mostów, cisnąc się w kolejce przy wjazdach na parking – nie spodziewają się tragedii.

Zaczyna się kolejny dzień pracy. Tymczasem ekipy sprzątające dwa ogromne biurowce zrobiły już swoje. Wózki z kubłami i szczotkami z frędzli stoją teraz w podziemnych kondygnacjach, mieszczących dziesiątki sklepów i barów. Wysoko nad nimi, w biurach z zapierającym dech widokiem na Nowy Jork i New Jersey, pracownicy korporacji finansowych sprawdzają już na monitorach, co działo się w ostatnich godzinach na azjatyckich giełdach i otwierają pocztę elektroniczną. Wielu z nich, pracoholików, jak co dzień przyszło tu wcześniej – by wiedzieć więcej, być lepiej przygotowanym na każde pytanie szefa.

Niektórzy oderwali na moment wzrok od monitora i spojrzeli przez okno na nadlatujący wzdłuż rzeki Hudson samolot pasażerski. Był znacznie większy od pojawiających się często prywatnych czy policyjnych helikopterów.

Jak się tu zabłąkał? Kanał powietrzny dla pobliskiego lotniska La Guardia prowadzi o wiele bardziej na wschód, nie latają też tędy samoloty lądujące w odleglejszym, międzynarodowym porcie imienia Kennedy’ego. Chyba, że to nietypowe podejście do lądowania na lotnisku Newark, po drugiej stronie rzeki, którego pasy doskonale widać z górnych pięter obu wieżowców. A może nikt nie zawracał sobie głowy dziwną trasą przelotu tego Boeinga 767, bo cóż mogło to obchodzić ludzi pracujących w tym wspaniałym czasie i miejscu.

11 września 2001 roku miał być dla nich kolejnym dobrym amerykańskim dniem. Choć gospodarka ostatnio zwalniała, nie było czego się obawiać – Ameryka, jedyna prawdziwa potęga współczesnego świata, dawała sobie radę nie z takimi zagrożeniami. Co prawda w wielu miejscach świata tlą się konflikty, co nie sprzyja gospodarczej stabilności, na Bliskim Wschodzie codziennie giną Żydzi i Arabowie, ale perspektywy pokoju w tym regionie nie zostały ostatecznie przekreślone, a światowa konferencja w Durbanie jednak wypracowała zasady, jakimi powinien kierować się świat XXI wieku.

Minutę później to wszystko jest już nieaktualne. Boeing American Airlines z 92 osobami na pokładzie z potworną siłą wbija się w północny, bliższy rzeki budynek WTC. W tej samej sekundzie eksploduje kilkadziesiąt tysięcy ton benzyny, zatankowanej na lot z Bostonu do Los Angeles. Wnętrze biurowca na poziomie 80. piętra zostaje zmiecione. Słup dymu spowija budynek.

„Tragedia na Manhattanie. Pasażerski odrzutowiec robił się o wieżowiec World Trade Center” – podają chwilę później agencje.

Kamery nowojorskich stacji telewizyjnych, zwykle pokazujące panoramę miasta jako tło dla informacji o pogodzie i korkach ulicznych, natychmiast kierują się na dwa wieżowce. Wiadomości o opanowaniu samolotu przez terrorystów jeszcze nie ma. Później okaże się, że rodziny pasażerów odebrały kilka telefonów od bliskich, znajdujących się na pokładzie.

„Zostaliśmy porwani, zadźgali nożem stewardesę” – zdołał powiedzieć biznesmen Peter Hanson. „Spadamy!” – wykrzyczał w połączeniu z Lee Hansonem, mieszkańcem Easton w Connecticut, jego wnuk, lecący porwanym samolotem razem z matką i ojcem. „To wyglądało jakby w Manhattan uderzyła atomowa bomba” – relacjonuje nowojorczyk Mark Stubis.

Imez Graham i Dee Howard, pracujące na 61. piętrze wieżowca, rzucają się do ucieczki, jak wszyscy, którzy nie zginęli od wybuchu. Windy nie jeżdżą. Płacząc ze strachu i bólu, na omdlewających nogach dwie kobiety przez godzinę pokonują schody w dół. Gdy na ulicy spotykają je strażacy, wyglądają jak widma: starannie zakręcone loki przykrywa warstwa wszechobecnego pyłu, ubranie jest w strzępach, nogi bose. Należą do niewielu, którzy przeżyli.

Na 103. Piętrze budynku południowego trwało właśnie poranne spotkanie pracowników firmy ubezpieczeniowej, gdy Clyde Ebanks usłyszał, jak jego szef krzyczy: „Spójrzcie tam!”. „Zobaczyliśmy, jak samolot wbija się w sąsiedni budynek” – mówi Ebanks.

Rzucili się do ucieczki schodami. Zbiegli do 70. piętra, gdy poczuli kolejne uderzenie. O godzinie 9.03 w południowy wieżowiec WTC uderzył kolejny samolot pasażerski (miał lecieć z Bostonu do Los Angeles). Teraz nie może już być wątpliwości: to nie jest nieszczęśliwy wypadek.

Stewardesa United Airlines, ukryta w toalecie na ogonie samolotu, dodzwoniła się na alarmowy numer 911. „Moje koleżanki pocięli nożami, opanowali kabinę pilotów, zniżamy lot w stronę Nowego Jorku” – zdołała powiedzieć zanim połączenie zostało przerwane.

Uderzenie drugiego samolotu transmitują już wszystkie stacje telewizyjne. Ich kamery, skierowane od kilku minut na oba budynki, z przerażającą dokładnością pokazują, jak od zachodu, znad rzeki, szerokim łukiem nadlatuje kolejny Boeing i wbija się w wieżowiec trochę niżej niż jego poprzednik w sąsiedni gmach. Wybuch jest jeszcze gwałtowniejszy, kula ognia rozsadza budynek.

Niewyobrażalne staje się oczywiste: to jest zamach, potworna zbrodnia, mająca unicestwić tysiące ludzi i rzucić Amerykę na kolana.

W Polsce TVN przerywa film. Telewizja publiczna jeszcze przez półtorej godziny nie zmienia programu. Wiele redakcji zaczyna pracę nad specjalnymi wydaniami.

„Usłyszałam huk, a potem zobaczyłam, jak lecą w dół kawały gruzu” – opowiada Harriet Grimm, odwiedzająca w chwili wybuchu księgarnię na dole WTC. Fotoreporter Mike Walters, robiący zdjęcia północnego wieżowca, nie jest w stanie utrzymać aparatu, gdy widzi ludzi skaczących z okien. Wśród nich – mężczyznę i kobietę, trzymających się za ręce. Świadkowie naliczyli ponad 20 osób, które wybrały taką śmierć.

Ludzie wymachują z okien białymi koszulami, błagając o pomoc. Część z nich, wierząc w wytrzymałość wieżowców, nie ucieka, gdyż boi się stratowania na schodach. Inni schodzą w milczeniu modląc się, bez paniki, przepuszczają chorych i rannych. Na dół docierają mokrzy, brudni, zakrwawieni. Dopiero tu puszczają im nerwy. „Wszyscy krzyczeli, płakali, biegali” – relacjonuje strażak Mike Smith. Na ratunek uwięzionym rusza kilkuset umundurowanych strażaków i policjantów. „Widziałem tysiące rąk, nóg i innych fragmentów ludzkich ciał” – opowiada Angelo Otchy, agent ubezpieczeniowy z New Jersey.

W stronę WTC z przeraźliwym rykiem syren pędzą wozy strażackie i policyjne z całego Manhattanu.

„Wszędzie jest po pół metra pyłu” – mówi Louis Garcia z jednej z karetek pogotowia. „Jeździmy po trupach, bo nie sposób ich ominąć. Odwozimy ludzi poparzonych tak, że nie mają włosów ani brwi”. Nad miejscem tragedii bezradnie krążą helikoptery: tumany pyłu i dymu nie pozwalają zbliżyć się do płonących budynków. Burmistrz Nowego Jorku Rudolph Giuliani apeluje do przebywających w południowej części Manhattanu, by opuścili miasto.

Położona kilkaset metrów na południe nowojorska giełda nie podejmuje działalności. Policja nie dopuszcza ludzi w pobliże WTC i wszystkim nie biorącym udziału w akcji ratunkowej nakazuje opuszczenie Manhattanu. Pociągi metra zatrzymują się w tunelach. Pasażerowie, pomimo uspokajających komunikatów, patrzą po sobie z niedowierzaniem. Nowojorskie metro nigdy nie chodziło jak zegarek, ale te postoje trwają za długo. Przepełnione autobusy nie zatrzymują się na przystankach. Pozostaje wielokilometrowa wędrówka pieszo, do czego prawie nikt nie jest przygotowany. W Chinatown ludzie wykupują buty sportowe i jednorazowe aparaty fotograficzne. Mostem Brooklyńskim przez East River podążają na wschód tysiące osób. W niebo wzbija się gryzący dym, powietrze przeszywa jęk karetek. Odwracając nerwowo głowy, nowojorczycy stąpają w milczeniu, pośród tumanów białoszarego popiołu.

Trzy kilometry na północ, na skrzyżowaniu Broadwayu i 42. ulicy, ludzie wpatrują się w kilkupiętrowe ekrany telewizyjne. Stoją w milczeniu, jakby na granicy snu i jawy, niepewni rzeczywistości. Na rusztowaniach robotnicy wywieszają napisany odręcznie tekst: „Módlcie się za rodziny i ofiary. Niech Bóg błogosławi Amerykę”.

Gmach ONZ, leżący u pobliżu wylotu 42. ulicy na East River, łatwy cel podobnego ataku – zostaje ewakuowany, podobnie jak inne wielkie wieżowce. W Chicago tysiące ludzi w pośpiechu opuszcza najwyższy budynek w USA – Sears Tower. Madonna odwołuje swój koncert w Los Angeles, a z internetowej strony filmu „Spiderman” znika zdjęcie bohatera wspinającego się po wieżowcu WTC. Do wielu kościołów Ameryki, zwykle pustych w tygodniu, przychodzą wierni. Modlą się za ofiary zamachu.

W telewizyjnym wystąpieniu z Florydy prezydent George W. Bush, otoczony dziećmi ze szkoły podstawowej, którą właśnie odwiedzał, potwierdza, że Ameryka stała sie obiektem ataku terrorystycznego. „Wolność została zaatakowana przez tchórzy” – mówi prezydent, ale jego wystąpienie nie uspokaja, mimo obietnicy ścigania sprawców wszędzie i za każdą cenę. Bush zapowiada swój powrót do Białego Domu.

Waszyngton, 9.43 Gdy potężna eksplozja wstrząsa gmachem Pentagonu, nie wiadomo, czy to wybuch samochodu-pułapki pozostawionego na parkingu, czy wybuch rakiety. Prawda okazuje się jeszcze gorsza.

W budynek, będący symbolem amerykańskiej potęgi militarnej, uderza trzeci z porwanych tego dnia samolotów pasażerskich – Boeing 757 American Airlines. Niewiele ponad godzinę wcześniej wystartował on z międzynarodowego lotniska Dulles (położonego 30 kilometrów na północny zachód od Waszyngtonu) w rejsowy lot do Los Angeles.

„Zapędzili nas na tył samolotu używając noży” – zdołała powiedzieć mężowi przez telefon komórkowy jedna z pasażerek – Barbara Olson, komentatorka telewizji CNN. „Zawiadom FBI”.

Przelot pasażerskiego samolotu w pobliżu Pentagonu to widok jak najbardziej normalny. Inne lotnisko, imienia Ronalda Reagana, leży zaledwie kilometr na południe. Szykujące się do lądowania nad Potomakiem samoloty co chwila mijają centralę ministerstwa obrony. Od korytarza powietrznego Pentagon dzieli zaledwie 30 sekund lotu.

„W takim czasie nie można nawet odróżnić wypadku od zamachu, a co dopiero na niego zareagować” – skomentuje to dla „USA Today” Richard Roth, były specjalista Secret Service, zabezpieczający przeloty prezydenta. Zaskoczenie jest tak kompletne, że w ewakuacji Pentagonu bierze udział sam sekretarz obrony Donald Rumsfeld, zanim zostaje pospiesznie wywieziony w bezpieczne miejsce. Pożar części biurowca, w którym pracują 23.000 ludzi, gaszony jest przez cały dzień. Stacje telewizyjne nadają relacje spod dymiącego, przedziurawionego budynku. To drugi już symboliczny obraz pognębienia Ameryki.

Groza sytuacji w pełni dociera do administracji prezydenta Busha. Zarządzona zostaje ewakuacja wszystkich budynków rządowych, w tym Departamentu Stanu, Pentagonu, a nawet samego Białego Domu. Tysiące urzędników wylega na ulice, z niedowierzaniem patrząc za rzekę, na płonący Pentagon. Prezydent Bush pozostaje na pokładzie Air Force One, który z Florydy – zamiast na północ, do Waszyngtonu – kieruje się na zachód, do bazy sił powietrznych Barksdale w Luizjanie. Wiceprezydent Dick Cheney jest już w bunkrze pod Białym Domem, gdzie Secret Service sprowadziła go po pierwszym ataku.

Nowy Jork, 10.05 Gdy południowy budynek WTC na oczach milionów ludzi wpatrzonych w telewizory w Ameryce i na świecie zapada się i osuwa do wewnątrz, dziennikarka CNN milknie, nie wierząc własnym oczom. Podobne odczucia mają miliony Amerykanów przyzwyczajonych, że taki widok zapewniają im wyłącznie fachowcy od efektów specjalnych. Zdjęcia, które od ponad godziny pokazują stacje telewizyjne na świecie, wydają się tak niewiarygodne, że ludzie pytają się nawzajem, czy to nie jakiś nowy film katastroficzny. Rzeczywistość okazuje się straszniejsza od wyobraźni autorów książek i scenariuszy.

Wieżowiec północny (od którego zaczął się ten tragiczny dzień) wytrzymuje jeszcze pół godziny, po czym składa się do środka, okrywając się kłębami kurzu i dymu. Charakterystyczna wieża nadajnika na dachu pikuje w dół jak strzała.

To wszystko rozgrywa się na oczach zmartwiałych, wpatrzonych w telewizyjne ekrany Amerykanów i reszty świata, która przesyła pierwsze wyrazy solidarności. Stacje telewizyjne przynoszą też obrazy z terytoriów Autonomii Palestyńskiej, gdzie ludzie tańczą na ulicach, a młoda kobieta w wielkich okularach aż krzyczy z radości. Znów nie sposób uwierzyć w to, co widać na ekranie. Jak trzeba nienawidzić innych, by na wieść o ludzkiej hekatombie w podziękowaniu wznosić ręce do nieba? Jaki Bóg wysłucha takich podziękowań?

Wśród polityków potępiających obłąkańcze zamachy jest także autentycznie poruszony Jasser Arafat, ale w pamięci milionów ludzi na świecie pozostanie już tylko ten obraz. Nawet jeśli radujących się było zaledwie kilka tysięcy, podczas gdy Arabów jest 300 milionów, co szybko przypominają komentatorzy.

Dwie godziny po ataku Ameryka jest w szoku. Waszyngton podejmuje kroki przewidziane na wypadek wojny nuklearnej. Przestrzeń powietrzna nad USA zostaje zamknięta dla lotnictwa cywilnego. Samoloty, które miały tam wylądować, są kierowane do Kanady, a gdy i ta zamyka swoje lotniska – zawracają.

Żona prezydenta Laura Bush i członkowie jego gabinetu, zostają wywiezieni do tajnych schronów w górach na zachód od Waszyngtonu. Z Kapitolu znikają przywódcy Kongresu. Podróż po Ameryce Południowej przerywa sekretarz stanu Colin Powell.

11.00 Nadchodzi informacja o kolejnej tragedii. W Pensylwanii uderza w ziemię samolot United Airlines, który wystartował z lotniska Newark w stanie New Jersey. Wątpliwości, czy to dalsza część ataku na Amerykę, rozwiewa rozmowa 31-letniego Marka Binghama, który zadzwonił z telefonu komórkowego do matki mieszkającej w San Francisco, docelowym porcie tego lotu. „Zostaliśmy porwani” – powiedział. „Jest ich trzech, mówią, że mają bombę”. Ten samolot miał zapewne uderzyć w Biały Dom, w prezydencką rezydencję w Camp David, może w Kapitol.

Latające centrum dowodzenia supermocarstwa – Air Force One z prezydentem na pokładzie – ląduje w bazie wojskowej w Luizjanie. George W. Bush kontaktuje się z dowódcami sił zbrojnych, politykami i członkami swojej administracji. Sytuacja jest nadal daleka od opanowania, prezydent nie może jeszcze powrócić do Waszyngtonu.

Trzy godziny po porannym ataku nagrywa swoje drugie przemówienie. „Postawiłem w stan najwyższej gotowości siły amerykańskie na całym świecie” – oświadcza. Prosi o modlitwę za ofiary tragedii i przestrzega, że sprawcy tego tchórzliwego ataku, gdziekolwiek ukryliby się na świecie, zostaną z pewnością wykryci i ukarani. Prezydent jest spokojny, ale sytuacja pozostaje tak daleka od normalności, że Air Force One kieruje się jeszcze dalej w głąb amerykańskiego kontynentu, do bazy wojskowej Offutt w stanie Nebraska. Tam przygotowany jest bunkier, centrum strategicznego dowodzenia lotnictwa, z którego można kierować krajem nawet w razie ataku nuklearnego.

George W. Bush odbywa telekonferencję z członkami Narodowej Rady Bezpieczeństwa, zgromadzonymi w centrum dowodzenia pod Białym Domem. Sekretarz obrony Donald Rumsfeld powraca do bunkra na terenie wciąż palącego się Pentagonu. Kolejni w linii sukcesji władzy przywódcy Kongresu i Senatu pozostają poza stolicą, wywiezieni przez wojsko do tajnych miejsc, skąd mogą przejąć kierowanie krajem w razie ataku na prezydenta i wiceprezydenta. Z baz atlantyckich w Norfolk w stanie Wirginia wypływają w stronę Nowego Jorku dwa lotniskowce i pięć niszczycieli, zespół zdolny zestrzelić każdy samolot.

Pod koniec tego tragicznego dnia, którego Amerykanie wcześniej nawet sobie nie mogli wyobrazić, nad kolejnym budynkiem kompleksu World Trade Center pojawiają się płomienie. Po godzinie 47-piętrowy gmach składa się podobnie jak jego dwa razy więksi sąsiedzi, ale nie robi to już takiego wrażenia.

Przed budkami telefonicznymi ustawiają się kolejki, bo komórki działały tylko przez kwadrans od pierwszej katastrofy: przekaźniki były na dachach World Trade Center, sieć nie wytrzymała obciążenia, część jej komputerów znalazła się pod gruzami. Ci, którzy wiedzą, że ich bliscy pracowali w WTC, czepiają się resztek nadziei: może rano nie zdążyli dojechać do pracy? Może nie udało im się jeszcze wrócić do domów? Wiele telefonów jednak milczy albo odpowiada głosem automatycznej sekretarki.

Dolny Manhattan, godzina 18.00 Nad południowym cyplem Nowego Jorku nadal unosi się chmura gęstego dymu i popiołu. Prowadzące w górę miasta aleje są wyludnione, nie widać na nich ani jednej żółtej taksówki, słychać jedynie ciągłe zawodzenie karetek pogotowia. Teren wokół WTC jest oświetlony jaskrawym sodowym światłem. Strażacy odsłaniają dojście do podziemnych kondygnacji, gdzie mogą być zasypani ludzie. Napływają doniesienia z różnych miejsc na świecie od krewnych, którzy przez telefon rozmawiali z uwięzionymi pod gruzami.

Na miejsce katastrofy zajeżdżają największe, 60-metrowe dźwigi, spychacze rozgarniają gruz. „Przez dwanaście godzin poszukiwań udało mi się odnaleźć tylko cztery żywe osoby” – mówi skrajnie wyczerpany strażak Rudy Weindler. „Przestałem już liczyć trupy. To jest gorsze od najczarniejszych snów”.

Biały Dom, godzina 19.00 Prezydent Bush wysiadający z helikoptera na południowym trawniku Białego Domu nie czyni żadnego gestu w stronę kamer i szybkim krokiem zmierza w stronę Gabinetu Owalnego. Jego helikopter eskortowało sześć innych śmigłowców wojskowych. W Białym Domu pojawia się także Laura Bush, przywieziona z „bezpiecznego schronienia”.

20.30 Prezydent wygłasza przemówienie z Gabinetu Owalnego. „Tego dnia nie zapomnę nigdy” – mówi. „To jest taki moment, który dzieli historię na tę, która zdarzyła się przed i po nim”. Mówi o tysiącach ludzi, którzy padli ofiarą sił zła.

Nazajutrz po zamachach tysiące Amerykanów wzięło udział w wieczornym czuwaniu na waszyngtońskich błoniach, by uczcić pamięć ofiar. Pod ambasadą amerykańską warszawiacy zapalają znicze.

W nocy z wtorku na środę prezydent Bush nakazuje wznowienie pracy wszystkich instytucji rządowych. Kongres przeznacza 20 miliardów dolarów na akcję ratunkową. Czwartek jest w Stanach dniem żałoby narodowej, a w Polsce dniem solidarności z ofiarami tragedii.

Na stronach internetowych i w nadzwyczajnych wydaniach gazet na całym świecie pojawiają się komentarze do wtorkowych wydarzeń. Wielu autorów wskazuje, że 11 września 2001 roku będzie dla Amerykanów datą taką, jak 7 grudnia 1941 roku, dzień japońskiego ataku na bazę marynarki Pearl Harbor na Hawajach. Wtedy był to jednak atak państwa na cele wojskowe, a 11 września 2001 roku terroryści uderzyli w zwykłych obywateli – podkreślają komentatorzy.

Na całym świecie natychmiast rozległy się głosy oburzenia potępiające sprawców zamachu. W dobie Internetu informacje o wydarzeniu rozeszły się błyskawicznie i zajęły miejsca na czołówkach wszystkich gazet. Według ekspertów z Departamentu Transportu USA, terroryści wykorzystali szczeliny w systemie bezpieczeństwa lotnisk amerykańskich – pisał „New York Times”.

11 września 2001 roku Ameryka otrzymała potworny cios. Życie przeciętnego Amerykanina zmieniło się. Jest mu na pewno o wiele trudniej wejść do każdego dużego budynku, a szczególnie do siedzib władz federalnych i stanowych. Po tych wydarzeniach Amerykanie utracili poczucie bezpieczeństwa.

Świat Ameryce współczuje i razem z nią obchodzi tę rocznicę. Ale to same Stany Zjednoczone muszą dołożyć najwięcej starań, by ta straszliwa rana, która długo jeszcze boleśnie będzie o sobie przypominać, wreszcie się zagoiła.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>